15 października w krakowskim IES minister Krzysztof Kwiatkowski w obecności dziennikarzy odsłuchał trzy fragmenty - 31 s - nagrań z kokpitu. Do badań przekazała je IES Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie.
Wojskowi prokuratorzy oświadczyli, że na upublicznienie zapisu nie dali zgody. Minister tłumaczył, iż był przekonany, że nie słuchał nagrań ze śledztwa, ale "materiału poglądowego". Ale dziennikarze szybko znaleźli fragmenty odpowiadające zapisom ujawnionego w czerwcu 2010 r. stenogramu rozmów z kokpitu. Upublicznionego decyzją premiera, zanim stał się on dowodem w śledztwie.
Wojskowa Prokuratura wydała po kilku dniach komunikat: "Treść i zakres odsłuchiwanego materiału nie była uzgadniana z ministrem i innymi gośćmi uczestniczącymi w prezentacji". To oznaczało, że błąd popełnił ktoś w IES. Kto i dlaczego - wyjaśniała krakowska prokuratura. I - jak zapowiadaliśmy - umorzyła sprawę, bo "nie doszło do publicznego rozpowszechnienia wiadomości ze śledztwa, ponieważ odtwarzane fragmenty nagrań były już wcześniej znane opinii publicznej". Stwierdzono jedynie "pewne zaniedbania o charakterze organizacyjnym" w przygotowaniu wizyty ministra.
Czy na decyzję krakowskich prokuratorów będą się powoływać dziennikarze ścigani za ujawnienie tajemnicy śledztwa, jeśli tylko cytowali kolegów, którzy pierwsi "puścili przeciek"?
Źródło: Gazeta Wyborcza