http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Trzech panów w celi, w tym agent cz.2

Anna Bikont, Joanna Szczęsna
2011-03-05, ostatnia aktualizacja 2011-03-08 15:01

Od lewej: Gaja Kuroń, Karol Modzelewski i Jacek Kuroń.
U góry: Stanisław Gomułka i jego żona Joanna. Zdjęcie zrobione przez fotografa milicyjnego w czasie rewizji w mieszkaniu Gomułków, gdzie zebrani dyskutowali nad tezami przyszłego
Od lewej: Gaja Kuroń, Karol Modzelewski i Jacek Kuroń. U góry: Stanisław Gomułka i jego żona Joanna. Zdjęcie zrobione przez fotografa milicyjnego w czasie rewizji w mieszkaniu Gomułków, gdzie zebrani dyskutowali nad tezami przyszłego "Listu otwartego". Listopad 1964 r. (zbiory IPN)
Materiały archiwalne Instytutu Pamięci Narodowej

Czynności Jacka w celi były następujące: czytanie, mówienie i pisanie listów do żony. A jeszcze cztery razy dziennie wykonywał ćwiczenia, które mu Gaja poleciła: wdechy, nożyce, pompki, skłony.

33 lata po aresztowaniu Kuronia i Modzelewskiego za
Fot. Grzegorz Roginski / Reporter REPORTER
33 lata po aresztowaniu Kuronia i Modzelewskiego za "List otwarty" prezydent RP...
ZOBACZ TAKŻE
- Wchodzę do celi 76 w XII pawilonie MSW na Rakowieckiej. Wita mnie brunet o piwnych oczach i zdrowej budowie, uroda kresowa, w słonecznym nastroju. Zachowuje się, jakby był u siebie. Przedstawia się: Jacek Kuroń - opowiada nam Jan Rulewski, dziś senator III RP, wtedy 21-latek, aresztowany w Czechach za nielegalne przekroczenie granicy, który trafił na Rakowiecką pod koniec września 1965 r. Jacek Kuroń, lat 31, siedział tam już od pół roku.

Aresztowano go 19 marca 1965 r. Dzień wcześniej razem z Karolem Modzelewskim dostarczyli instancjom partyjnym na Uniwersytecie Warszawskim "List otwarty". Była to miażdżąca krytyka partyjnej biurokracji rządzącej w PRL i krajach bloku sowieckiego, połączona z utopijną wizją rewolucji, która rządy te obali i wprowadzi demokrację robotniczą. Całkiem nierealny, ale piękny pomysł sprawiedliwego państwa rządzonego przez robotników był pisany nieznośnym, sztywnym, marksistowskim językiem. Za pracę nad tym manifestem dostali już wcześniej, jesienią 1964 r., zarzut prokuratorski. Obaj spodziewali się więzienia.

Drugi więzień celi przedstawił się Rulewskiemu jako Jerzy Torończyk, dyrektor Mody Polskiej, po wyroku, na Rakowieckiej trzymany do drugiej sprawy o handel walutami. - Opowiadał o swoim udziale w wojnie domowej w Hiszpanii - wspomina Rulewski. - O tym, jak w czasie okupacji pracował w zbrojeniówce Armii Krajowej i produkował pistolety maszynowe "błyskawica". Widziałem, że Jacek słuchał go zafascynowany.

Kuroń uważał, że zamknięto go w najgorszym możliwym momencie, bo ominie go rewolucja. Rozumował tak: skoro w całym bloku pogarsza się sytuacja gospodarcza, musi dojść do strajków, żywiołowych demonstracji i starć z milicją. Obsesję nadchodzącej rewolucji miał od kilku lat. Henryk Wujec, który poznał go właśnie w początku lat 60., opowiada: - Wydawał mi się trochę nawiedzony, bo tej rewolucji, co miała być za progiem, jakoś nie było widać. Ale Jacek, wizjoner, widział ją, co więcej - sądził, że ich "List..." odegra zasadniczą rolę w samoorganizacji robotników, dzięki czemu uniknie się rozlewu krwi.

Karol Modzelewski z autoironią wspomina: - Wyobrażaliśmy sobie, że robotnicy będą spotykać się w parku i tam, siedząc na ławeczkach, dyskutować tezy naszego tekstu, przygotowując się w ten sposób do rewolucji.

Siedzenie jako zadanie

- Czynności Jacka w celi były następujące: czytanie, mówienie i pisanie listów do żony - wylicza Rulewski. - Kiedy z powodu jakichś dolegliwości przyszła do niego pielęgniarka, był wobec niej w egzaltowany sposób uprzejmy. Był miły dla całej służby więziennej, na apelach był zdyscyplinowany i wzbudzał sympatię personelu. Powtarzał, czego słuchałem bez przekonania, że walczy się z systemem, nie z ludźmi, więc nie ma co wadzić się z klawiszami. Ale był antytalentem sprawnościowym - gdy był porządkowym, tak ustawiał buty, że jeden był mój, a drugi jego, składanie ubrań w kostkę, którą wystawiało się na noc na korytarz, wychodziło mu źle, stąd regularnie dostawał uwagi.

"Na początku wciąż czekałem, że przyjdą, otworzą drzwi - wspominał Jacek w "Wierze i winie". - A przez to, że się czeka, każda minuta rozwleka się w wieczność. Dzień minął, a zdawało się, że rok. I to czekanie - wyjdę, nie wyjdę, wyjdę, nie wyjdę, taka huśtawka. Bierze się książkę, ale nic się z niej nie rozumie. I wszystko jest przerywane stukaniem - na XII pawilonie, kiedy wyprowadza się kogoś z celi na przesłuchanie, oddziałowy puka kluczem o barierkę balkoniku, dyn, dyn, dyn, i ten stuk bez przerwy wali w głowę".

Regulamin w pawilonie MSW na Rakowieckiej nastawiony był na izolowanie więźniów. Spacer - jedną celą, do lekarza - pojedynczo, do biblioteki - wcale, książki przynosili do celi wedle zamówienia. Nikt nie wiedział, kto siedzi obok. Gdy strażnicy wywoływali więźnia z celi, nigdy nie wymawiali jego nazwiska, wskazywali palcem lub mówili: "Więzień na K". Na korytarzu nie można było spotkać więźniów z innych cel. Na Rakowieckiej, zbudowanej w klasycznej architekturze penitencjarnej, według wzoru słynnego amerykańskiego więzienia Sing-Sing, pusta przestrzeń ciągnie się przez wszystkie kondygnacje, na każdej są balkoniki wokół cel oraz barierki z siatkami i więźnia widać z każdego poziomu. Dlatego strażnicy, waląc kluczami o kraty, dawali sobie znak, że kogoś prowadzą.

Jacek zabrał się do traktowania więzienia jak wszystkiego innego w swoim życiu, to jest zadania, które przed nim stanęło: nie marnować czasu, dużo czytać, robić notatki, pisać doktorat. Jak podczas wszystkich następnych odsiadek uczył się też - bezskutecznie - angielskiego. W liście meldował żonie Gajce, że cztery razy dziennie wykonuje ćwiczenia, które mu poleciła: wdechy, nożyce, pompki, skłony. Tłumaczył, że stara się żyć czasem teraźniejszym: papierosem, śniadaniem, partią domina. Jej radził to samo: "Musisz się starać jak najrzadziej myśleć o mnie, jak najmniej czekać. Spróbuj nie czekać, a zobaczysz, minie ten czas, nim się zdążysz obejrzeć i zadzwonię do domu, że już idę". (28 marca 1965).

Nawet na otwartej przestrzeni Jacka rozsadzała energia, a co dopiero, gdy zamknięto go w ciasnej przestrzeni celi, skazano na towarzystwo tych samych dwóch-trzech osób i pozbawiono - poza krótkim spacerem - ruchu.

Jego szkolny przyjaciel Wilhelm Dichter mówił nam, że w całym swoim życiu nie spotkał nikogo tak aktywnego, z takim temperamentem jak Jacek. Hanna Volmer, jego długoletnia dziewczyna poznana w czasach licealnych: - W Jacku kotłowały się emocje, chciał walczyć o sprawiedliwość i prawdę, ale też było w tym sporo egocentryzmu, chęci dominacji. Chętnie wchodził w konfliktowe sytuacje, by przekonywać do swoich racji.

Ale w więzieniu Jacek nie wchodził w konflikty ani ze strażnikami, ani z współwięźniami. Młodszego o dziesięć lat Rulewskiego traktował jak swego wychowanka.

- Stworzył mi prawdziwy uniwersytet ludowy - opowiada Rulewski. - Wykładał o Polsce przedwojennej. Od niego dowiedziałem się, że okolice Lwowa były ukraińskie, więc byliśmy tam okupantem, i że mniejszości narodowe były prześladowane. Polecał lektury. Tłumaczył mi, co to endecja, co Natolin, a co puławianie. Polecał lektury. Był pełen wiary i optymizmu.

Jacek rzeczywiście wierzył, że będzie lepiej, niż to się później okazywało, a więc: że nie wywiozą go po wyroku z Rakowieckiej, że pozwolą robić doktorat, że będzie amnestia. Optymistycznie oceniał też sytuację polityczną. O jego optymizmie można przeczytać w donosach współwięźniów. Gdy opowiadał o nadchodzącej rewolcie, przekonywał, że będzie zwycięska i bezkrwawa. Agent, który to relacjonował, spytał: "A wojsko?", "Mowy nie ma, by wojsko wystąpiło przeciw społeczeństwu" - odpowiedział Jacek. Inny współwięzień, lekarz, uważał, że cierpi on na nadczynność tarczycy ("Jest w stanie maniakalnym, co przejawia się wiecznym podnieceniem i zadowoleniem z siebie" - podawał jego "diagnozę" donosiciel). W listach do żony Jacek zapewniał, że czas uwięzienia będzie traktował po prostu jak urlop. Administracja więzienna tak podsumowała jego pobyt na Rakowieckiej: "Usposobienia pogodnego i wesołego, spokojny i zrównoważony".

Doniesienia "z pod Kuronia"

Na przesłuchania brali go co parę dni, a śledczy wciąż od nowa pytali, ile było egzemplarzy "Listu otwartego", komu je dali, jakie i od kogo otrzymywali materiały, z jakimi obcokrajowcami się widywali, kiedy i w jakich okolicznościach poznali różne osoby, w jakich mieszkaniach się spotykali. Jacek miał już wtedy pewne doświadczenie. W listopadzie 1964 r., gdy zatrzymano na krótko całą grupę dyskutującą tezy przyszłego "Listu...", nadział się na na esbeka z dużym stażem, majora Szymczaka.

Tak opisywał to w "Wierze i winie": "Zabawa polega na tym, żeby zacząć rozmowę o niczym, na dowolny temat, bylebym zaczął mówić. I nagle rozmowa płynnie przechodzi w przesłuchanie, tak płynnie, że nie wiedziałem, w którym miejscu to następuje. Pamiętam, jak Szymczak zapytał: - Czy ma pan dużo znajomych i przyjaciół? - Dużo - powiedziałem.- Niech pan ich wszystkich wymieni. I ja zaczynałem wymieniać, przy czym pomijałem tych, którzy byli ważni w sprawie. Dopiero potem uprzytomniłem sobie, że jak ich pomijam, a są to ludzie ewidentnie mi znani, to wskazuję na nich palcem. A jak ich nie pomijam, to podaję ich nazwiska do protokołu". I konkludował, że później na nic już nie można go było nabrać, bo wszystko z Szymczakiem przećwiczył.

Spotkał go potem raz jeszcze, w Marcu '68, gdy wracał do celi z przesłuchania. Przedstawił go swemu ówczesnemu śledczemu: "To major Szymczak, mój instruktor, dzięki niemu ma pan ze mną takie kłopoty".

Początkowo opowiadał trochę o swojej i Karola Modzelewskiego pracy nad "Listem...", uznając, że nie mają przecież nic do ukrycia. Ale nigdy nie podał im żadnego nazwiska. Wkrótce esbecy zaczęli mu cytować obciążające go zeznania jednego z trockistów, których próbowano włączyć do ich sprawy. Odtąd każda odpowiedź Jacka brzmiała: "Przytoczony mi fragment wyjaśnień jest nieprawdziwy. Nie mam nic więcej do wyjaśnienia".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1