Do warszawskiego mieszkania Kuroniów wtargnęli 12 grudnia 1981 r., kwadrans przed północą, jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem stanu wojennego. Jacek był w Gdańsku, na posiedzeniu Komisji Krajowej "Solidarności", przyszli jednak internować jego syna Maćka. Wyrwana ze snu Gajka z wprawą żony recydywisty (kiedy Jacek szedł pierwszy raz do więzienia, miała 25 lat, teraz - 42) zaczęła pakować synowi to, co najpotrzebniejsze: zmianę bielizny, ciepłe skarpety i gacie, papierosy. Dwa dni później ekipa pod wodzą majora
SB Jana Lesiaka, od lat inwigilującego Jacka, przyszła i po nią. Rozbierała akurat z siostrą Ewą świńską tuszę, prezent od rolnika z "Solidarności", który przyjechał, gdy tylko usłyszał w telewizji, że "pan Kuroń został internowany".
Nie dała się zatrzymać, póki nie zawieźli jej do brata Jacka, Felka, bo chciała go zawiadomić, że trzeba zająć się ojcem. Henryk Kuroń, już 76-letni, znękany chorobami, po dwu zawałach, prawie ślepy z powodu katarakty, wymagał opieki. Nie miał już wtedy ani dawnej werwy, ani chęci do żartów, a w mieszkaniu na Mickiewicza, gdzie zawsze tętniło życiem, zrobiło się pusto, smutno i cicho.
Zgrzyt więziennej furtki Wszystkie internowane kobiety z Warszawy zwieziono do więzienia na Olszynce Grochowskiej. Kiedy Gajka znalazła się w celi, odetchnęła z ulgą, że teraz dzielić będzie los swoich bliskich. Martwiły ją względy praktyczne - to, że nie będzie mogła osobiście szykować paczek i jeździć na widzenia. Jak tylko się dowiedziała, gdzie jest Jacek, wysłała do niego kartkę:
"Nie zdążyłam ustalić, gdzie jesteś, a już sama znalazłam się w analogicznej sytuacji. Wszystkie prośby i obowiązki przekazałam Ewie" (19 grudnia 1981 r.).
Nie przeszło jej nawet przez myśl, że siostra znajduje się zaledwie kilka kroków od niej. Zatrzymano ją zresztą tego samego dnia co Gajkę, zaraz po powrocie z wieprzowiną do domu.
Ewie przedstawiono zarzut organizowania strajku w Zakładach Wyrobów Szklanych i Ceramicznych, gdzie pracowała. Dostała miesięczną sankcję prokuratorską. Jako aresztowaną umieszczono ją w innej części Olszynki Grochowskiej, nie w tej, gdzie trzymano internowane. Któregoś dnia na spacerze usłyszała głos siostry dochodzący z sąsiedniego spacerniaka.
- Gajka, Gajka! - zaczęła krzyczeć.
- Kto mnie woła?
- Ewa.
- Jaka Ewa?
- Twoja siostra.
Więzienie w Olszynce Grochowskiej opróżniono z internowanych w połowie stycznia i wszystkie kobiety przewieziono do Gołdapi na Suwalszczyźnie, do dawnego ośrodka wczasowego, gdzie przebywały w pokazowych warunkach: czteroosobowe pokoje, każdy z łazienką, ciepła woda, nocne stoliki i lampki, swoboda poruszania się po budynku, dwa wielkie (po 400 metrów kwadratowych każdy) tarasy.
Podobnie jak Gajka początkowo nie wiedziała, że w Olszynce sąsiaduje z siostrą, tak i Jacek nie od razu się dowiedział, że w tym samym co on więzieniu w Białołęce siedzi Maciek, który 16 stycznia 1982 r. pisał w grypsie do dziadków: "Z mamą prowadzę korespondencję przez księży. Podobno siedzi tutaj ojciec, ale pewności nie mam".
Po latach wspominał, że jego i matki internowanie sprawiło, iż wreszcie oboje mogli z ojcem korespondować jak równy z równym.
Jacek pierwsze dwa tygodnie stanu wojennego przesiedział w Strzebielinku koło Gdańska. Jako stary recydywista z jednej strony bardziej bał się więzienia, a z drugiej - lepiej umiał się w nim poruszać. Był przeciwny głodówce protestacyjnej w sprawie stanu wojennego, którą od razu chciano ogłosić. Uważał, że ważniejsze niż dawanie świadectwa są sprawy praktyczne, to jest poprawa warunków socjalnych i sanitarnohigienicznych. Do Białołęki wraz z innymi internowanymi członkami władz krajowych "S" i doradcami przewieziono go 29 grudnia.
Zamknięto ich, kilkunastu "ekstremistów", w jednym z czterech betonowych bloków Aresztu Śledczego, gdzie - w odróżnieniu od znajdującego się w innej części Białołęki ośrodka dla internowanych - panował początkowo więzienny reżym, a w celach obok siedziała - również internowana - elita kryminalistów.
Jan Rulewski, członek władz krajowych "S": - To już było po spacyfikowaniu przez ZOMO strajków w kopalni Wujek, gdzie byli zabici, i kopalni Ziemowit. Jacek wrócił z widzenia, gdzie się dowiedział, że padła ostatnia już strajkująca kopalnia - Piast. Zaczął recytować nam poemat Witolda Dąbrowskiego "Portret trumienny" o kolejnych pokoleniach Polaków, którzy biorą udział w kolejnych powstaniach i zawsze się to kończy tak samo - zgrzytem więziennej furtki i regułami gry wyznaczonymi przez prokuratora. Ja to sobie spisałem:
Więc może strzegę dziś więzienia,
kiedy listopad cicho mży,