Stabilizacja była słowem kluczem w mowie, którą Wen wygłosił w sobotę przed 3 tys. członków chińskiego parlamentu. Takie przemówienie premier wygłasza tylko raz w roku. Tym razem mówił przez dwie godziny i choć ani razu nie wspomniał o rewolucjach, jakie od tygodni wstrząsają światem arabskim, były one tłem jego wystąpienia.
Wen niespodzianie przyznał bowiem, że w Chinach, których
wzrost gospodarczy zdumiewa świat, istnieje "wielkie poczucie żalu". - Rząd nie rozwiązał jeszcze pewnych problemów ważnych dla mas - stwierdził premier. I obiecał to naprawić w nowej pięciolatce. Posypały się liczby: 45 mln nowych miejsc pracy,
bezrobocie w miastach poniżej 5 proc. i pensje minimalne, które wzrosną każdego roku o 13 proc. Większe będą też nakłady na edukację i opiekę zdrowotną, na walkę z korupcją oraz na tanie
mieszkania dla najbiedniejszych.
Chiny stać na taką hojność, bo ich rezerwy dewizowe, i tak największe w świecie, wzrosły ostatnio do 3 bln dol.
Jak co roku Wen podsumował mijającą chińską pięciolatkę (2006-11). Choć mimo globalnego kryzysu średni wzrost rocznego chińskiego
PKB wyniósł 11,2 proc., to sam premier ostrzega od lat, że rozwój gospodarczy jest zbyt szybki, a Chinom grozi "destabilizacja". Dlatego głównym priorytetem rządu ma być walka z inflacją, która ostatnio osiągnęła niepokojący poziom 4,9 proc. - Problem ten dotyczy dobrobytu ludzi, niesie ze sobą wspólny interes wszystkich oraz wpływa na ład społeczny - wyjaśniał Wen.
Czy jego plan schłodzenia gospodarki i zwiększenia wydatków na cele socjalne może się powieść? Obserwatorzy są sceptyczni. Realną władzę w Chinach sprawuje nie premier, ale potężne lobby przemysłowe oraz ambitne rządy lokalne. Te ostatnie do swoich planów na przyszły rok zapisały o wiele wyższy wzrost gospodarczy niż 7 proc., o których mówił w sobotę Wen.
Rozpoczęta w sobotę wiosenna sesja parlamentu oraz towarzysząca jej sesja organu doradczego, Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej, potrwają dwa tygodnie. Porządku w stolicy Chin pilnuje 739 tys. policjantów, urzędników, ochroniarzy i zwykłych mieszkańców. Ci ostatni patrolują ulice i mają zgłaszać najdrobniejsze incydenty.
Chodzi głównie o protesty, do których zorganizowania nawołują od pewnego czasu - na wzór krajów arabskich - niektórzy internauci. W miejscach, w których mają się odbywać, nie mogą przebywać zagraniczni korespondenci. W razie złamania zakazu grozi im utrata akredytacji.
Rządowe media nie kryją mimo to niepokoju. "Wszelkie zagrożenia dla stabilności Chin zakończą się katastrofą - napisał w niedzielę rządowy
dziennik "China Daily". - Wszyscy wiedzą, że stabilność to błogosławieństwo, a chaos to katastrofa".
Gazeta atakuje jeden z chińskich portali emigracyjnych, na których pojawił się apel o zorganizowanie pokojowych protestów w dużych miastach. Autorzy apelu "starają się przyciągnąć chaos z krajów arabskich do Chin" - podkreśla "China Daily".