http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jak się nam powodzi

Katarzyna Surmiak-Domańska
2011-03-06, ostatnia aktualizacja 2011-03-07 22:48

Kazimierz Skiba
Kazimierz Skiba
Fot. Albert Zawada

Ci, co dbali o bogactwo, teraz go nie będą mieć, a ci, co nie dbali, będą mieć więcej niż bogaci?

Kazimiera Kwaśnik
Fot. Albert Zawada
Kazimiera Kwaśnik
Siostra przełożona Beata Talik (z lewej) i siostra Stella
Fot. Albert Zawada
Siostra przełożona Beata Talik (z lewej) i siostra Stella
Zofia Ofiara
Fot. Albert Zawada
Zofia Ofiara
Leszek szuba z żoną
Fot. Albert Zawada
Leszek szuba z żoną
SERWISY
Ostatni kogut z ostatnią kurą schronili się na orzechu. Trzeciego dnia kogut zapiał i spadł z głodu do wody. Wkrótce za nim spadła kura.  

Zofia Osińska wie już, że na terenach zalewowych nie warto trzymać kur, bo nie umieją pływać. Należy inwestować w kaczki. Jej kaczki z pisklętami płynęły do domu pod prąd i po powodzi zameldowały się w komplecie.

Zofia Jadach też miała kaczki. Cenne ozdobne: mandarynki, kazarki rdzawe, karolinki, biegusy. Żadna nie wróciła. Może głodni ludzi zjedli albo psy. Jeśli przyjdzie następna woda, pani Jadach będzie pamiętać, żeby drób wywieźć zawczasu, a na poddasze zabrać ze sobą łyżkę. Bo potem, kiedy podają z łódek garnek z zupą, nie ma czym jeść.

Kazimiera Kwaśnik, uciekając przed wodą, która goniła ją po schodach, zabrała całą miednicę sztućców. Do dzisiaj pełna miednica stoi w salonie. Pani Kazimierze przez rok nie chciało się łyżek i widelców porozkładać z powrotem do szuflady. Miała kilka maszyn rolniczych, żadnej nie ubezpieczyła.

Leszek Szuba ubezpieczył swój dom na 200 tysięcy. Dom się zawalił. Dostał 100.

Wstyd

Prawie rok po powodzi mieszkańcy Wielowsi na peryferiach Tarnobrzega ciągle się wstydzą.

Najbardziej ci z osiedla Lądowisko Jana Pawła II i pewnie dlatego wolą pozostać anonimowi. Kiedyś były tu pastwiska, w 1999 wylądował na nich helikopter z papieżem. Wkrótce miasto zaczęło sprzedawać działki pod ekskluzywne "papieskie" osiedle domków jednorodzinnych. Po powodzi woda stała tu najdłużej. Od maja do lipca.

- W umowie było napisane, że teren jest zalewowy - młoda brunetka od razu przyznaje ze skruchą. - Ale że tylko w 1 procencie.

Od roku w jej wypieszczonym salonie, z którego wychodziło się na przestronny taras z widokiem na łąkę, zamiast zniszczonego przez wodę kominka stoi piecyk. Nadal nie ma podłogi, pustkę po meblach wypełniają kubły z farbą, pachnie tynkiem, z sufitu zwisa na drucie żarówka. Gospodyni poleruje bez przekonania świeżo położone kafelki w łazience. Może trzeba będzie je niedługo zdzierać. Na odmalowanych ścianach robi się grzyb.

- Wychodzi na to, że sami sobie jesteśmy winni - denerwuje się i zaraz odbija piłeczkę, którą sama do siebie rzuciła: - A przecież winne jest miasto. Nie zalałoby nas aż tak bardzo, gdyby nie Zalew Machowski. Jak go wypełnili wodą rok przed powodzią, wody gruntowe podniosły się w całej okolicy.

Nie wie teraz, czy marzyć o tym, żeby dom porządnie wysechł, czy żeby woda wróciła i zalała wszystko na amen. Wtedy miasto musiałoby ich przesiedlić. Innej szansy na wyrwanie się z Lądowiska nie ma. Nikt nie kupi tego domu na wolnym rynku. I jeszcze trzeba tę pułapkę spłacać przez 20 lat.

Jej sąsiad, emerytowany inżynier elektryk, może przynajmniej powiedzieć, że kiedy on kupował działkę na osiedlu, miasto nie wspominało jeszcze nawet o 1 procencie ryzyka. Więc kiedy teraz jacyś niezalani mądrale mówią do niego: "Co, zachciało się pałacu na Lądowisku?", on podtyka im pod nos swoją umowę kupna-sprzedaży i mówi: "Umiesz czytać? To czytaj, co tu jest napisane: teren nie-za-le-wo-wy!".

Ale i on się wstydzi. Że nie sprawdził, nie doinformował się, że ma pecha, że taki stary, a głupi. I jedyne, co go pociesza, to to, że obok mieszka geodeta, który dał się nabrać tak samo jak on. I to nie smarkacz, ale pięćdziesięciolatek.

Inżynier nauczył się, że w życiu należy inwestować w dobre wczasy i samochody, a nie w domy.

Hieny

Zofia Ofiara z biedniejszej części Wielowsi niewiele straciła, bo niewiele miała. W jej maleńkiej chatce woda zniszczyła cały środek, nawet sławojka z podwórka odpłynęła w nieznane. Ale - i tu można mówić o szczęściu w nieszczęściu - po paru dniach przypłynęła jakaś inna, i to lepsza.



Pani Ofiara zrobiła straszną głupotę. Kiedy po powodzi MOPS wypłacał rządowe pieniądze na remonty i do 20 grudnia trzeba się było z nich rozliczyć, szybko wynajęła pierwszą lepszą firmę i wypłaciła zaliczkę w gotówce. Przyjechali raz, coś tam porobili i tyle ich widziała. Zważywszy że nie podpisała żadnej umowy, należy liczyć się z tym, że pokaźna część pieniędzy z jej odszkodowania przepadła. Chociaż pani Zofia woli mówić oględnie, że ekipa ma wrócić na wiosnę.

Takich sytuacji w Wielowsi było mnóstwo. Po powodzi z całej Polski zjeżdżały się pod Sandomierz i Tarnobrzeg naprędce rejestrowane firmy budowlano-remontowe. Wiele pobrało od skołatanych powodzian gotówkę bez pokwitowania albo kupowało materiały na swoją firmę, tak że ludzie nie mogą sobie teraz odliczyć VAT.

Źródło: Duży Format
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':