http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kaddafi kontratakuje

Tomasz Bielecki
2011-03-03, ostatnia aktualizacja 2011-03-03 08:16

Droga pomiędzy Bregą i Ajdżabiją- rebelianci na przechwyconym czołgu
Droga pomiędzy Bregą i Ajdżabiją- rebelianci na przechwyconym czołgu
Fot. GORAN TOMASEVIC REUTERS

- Adżdabija to klucz do wschodniej Libii. Będziemy tu walczyć i umierać do ostatniego, jeśli Kaddafi przyśle tu swych najemników - mówią ochotnicy powstańczej armii, szykujący się do odparcia ataku u zachodnich obrzeży miasta

Powstańcy i ich działko przeciwlotnicze na obrzeżach Adżdabii
Fot. GORAN TOMASEVIC REUTERS
Powstańcy i ich działko przeciwlotnicze na obrzeżach Adżdabii
Adżdabija, która leży ok. 160 km drogi od nieformalnej rewolucyjnej stolicy Bengazi, była wczoraj wieczorem najbardziej wysuniętym w stronę Trypolisu miastem Libii, które trwale kontrolują powstańcy. Siły antyreżimowe jeszcze kilka dni temu władały też Bregą (kolejne 80 km w stronę stolicy), ale wczoraj o to miasto trwały zacięte walki z afrykańskimi najemnikami, wysłanymi przez płk. Muammara Kaddafiego.

- Nie wiemy, co dokładnie się tam dzieje. Czekamy tu na wszelki wypadek na ambulanse z rannymi. Na razie nie nadjeżdżają. Albo jest tam aż tak źle, albo nasi poradzili sobie bez strat - mówili lekarze, czekający na drodze przy zachodniej granicy Adżdabiji.

Tu, w przeciwieństwie do Bengazi starającego się wrócić do normalnego życia, czuć wojnę w powietrzu. Ulice spowitej w piaskowej mgle Adżdabiji są niemal zupełnie opustoszałe, na przedmieściach milczący ludzie wpatrują się w pustynię. Nagle, przy wschodnim wjeździe do miasta, coś wielkiego zaczyna majaczyć w unoszącym się piasku. - Idą. Gdzie broń? Gotować się do obrony! - krzyczą mężczyźni z ulicznego patrolu. Strzelają z kałasznikowa w powietrze na postrach, lecz kiedy wiatr trochę rozrzedza piaskową chmurę, okazuje się, że tym razem alarm był fałszywy, bo to tylko zbite stado przestraszonych, zagubionych owiec bez pastucha.

W centrum Adżdabiji wisi na słupie kukła Kaddafiego. Po drugiej stronie miasta tłum kilku tysięcy ludzi wyczekuje na wieści z Bregi, wykrzykując co kilka minut "Allahu Akbar". - Lud zwycięży. Kaddafi nie wróci! - wtóruje grupa studentów, którzy przyjechali tu spod Bengazi, by - jak mówią - ćwiczyć strzelanie, bo nigdy tego jeszcze nie robili. - Walka o wolną Libię jest jeszcze niedokończona - dodają.

Choć główny bój w tej okolicy szedł wczoraj właśnie o Bregę, to niewielkie oddziały Kaddafiego podeszły wczoraj nad ranem od strony pustyni nawet pod samą Adżdabiję, ale powstańcy odparli je bez trudu. - To była napaść dla zasiania wśród nas paniki. Żeby nas nastraszyć - tłumaczą.

Jednak wiadomość o ataku, która błyskawicznie rozeszła się po miastach opanowanej przez rewolucjonistów Cyrenajki, na razie osłabiła opór tylko u nielicznych. - Negocjujmy z Kaddafim! Potrzebujemy dobrego rozejmu - krzyczało wczoraj rano kilkudziesięciu demonstrantów w centrum Bengazi. Przechodnie przekonywali, że to opłacony protest "za 200 dol na głowę". - Negocjować? Co? Dokąd mu pozwolić uciec? - żartowali.

- Adżdabija to drzwi do Cyrenajki. Jeśli padnie Brega, Kaddafi będzie tu próbował złamać naszą obronę, żeby pójść potem po Bengazi i jeszcze dalej, aż do egipskiej granicy - mówi Ibrahim Chalifa, jeden z dowódców ochotniczych oddziałów z Bengazi, które przyjechały tu wczoraj na ciężarówkach, busach i samochodach osobowych.

Są i robotnicy fabryki chemicznej, i młodzi prawnicy, i sklepikarze. Eskortowały je jadące na sygnale samochody policji z Bengazi, bo choć spora część policjantów zdezerterowała już przed tygodniem, to inni przeszli na stronę powstania. - Nie czas na podziały. Razem ratujemy lepsze życie w Libii bez Kaddafiego - tłumaczą.

Wszyscy zapatrzeni w zorany bombami kawałek pustyni - może dwa-trzy kilometry od drogi przy zachodnich granicach miasta - przy ogromnych wojskowych magazynach broni, które wczoraj nad ranem próbowały zniszczyć samoloty armii rządowej.

Choć to już trzecia taka próba od niedzieli, to ludziom Kaddafiego nie powiodło się także dzięki kilku działkom przeciwlotniczym, które powstańcy wyciągnęli już kilka dni temu z bazy i ustawili na pobliskiej drodze. - Nie miałem pojęcia, jak to działa. Ale pokazali, żeby strzelać mniej więcej w stronę samolotu, to pilot będzie bał się zniżyć. I tak właśnie zrobiłem. I zrobię następnym razem - mówi 50-letni Libijczyk opatulony w beduińską chustę. Roześmiany oddaje pokazową salwę w powietrze.

Nie brakuje mu amunicji, bo ocalenie magazynów spod Adżdabii od bombardowania oznacza, że powstańcy nadal mają w swych rękach ogromny arsenał.

Młodzi ludzie od świtu do nocy pracowicie przygotowują broń do walki. Otwierają drewniane i metalowe skrzynki z rosyjskimi napisami, które wynieśli z bazy, wyciągają naboje do broni maszynowej, oliwią i uzbrajają nimi taśmy strzelnicze. Ktoś odnajduje instrukcję do działka po koreańsku (rok produkcji 1972) z nazwą kraju - Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. To ślad dawnej bratniej współpracy Kaddafiego z Pjongjangiem.

Działek jest tak dużo, że powstańcy wsadzili wczoraj kilka z nich na ciężarówki, by zawieść do Bengazi i ustawić je na peryferiach tymczasowej stolicy wolnej Libii. - Nie chcemy zagranicznej interwencji wojskowej oprócz ustanowienia strefy zakazu lotów nad miastami Cyrenajki. Powietrze to nasza najsłabsza strona - powtarzali wczoraj dowódcy obrony Adżdabii i Bengazi.

- Nie ma na razie mowy o żadnym marszu na Trypolis. My tutaj musimy nastawić się na obronę Adżdabii i potrzebujemy codziennego nowego dopływu powstańców ze wschodu tu do nas. Tutaj decydują się losy powstania. Jeśli Cyrenajka się utrzyma, Kaddafi przegra. Zdobycie Trypolisu musimy zostawić ludziom z zachodu kraju, bo tutaj nie mamy siły pójść na Syrtę - tłumaczy generał Sultan Jehia, który przeszedł na stronę powstania i jest w grupie dowodzącej obroną miasta. Jego umundurowany pomocnik pociesza, że "na szczęście dla powstania, a na nieszczęście dla Kaddafiego" - bardzo wielu Libijczyków służyło w wojsku. - I skoro mamy broń, to wytrwamy.

***

Sam Kaddafi wystąpił wczoraj w telewizji. - Nie mam stanowiska, z którego mógłbym ustąpić. Zawsze będę Kaddafim przywódcą rewolucji - podkreślał. Zaprzeczał, by w Cyrenajce doszło do "protestów". I zagroził, że w przypadku interwencji państw zachodnich "zginą tysiące ludzi".

Do nalotów na opłaconych przez dyktatora najemników z innych afrykańskich państw zaapelowała do ONZ powstała wczoraj Narodowa Rada Libijska utworzona przez przeciwników Kaddafiego. Wykorzystywanie najemników jest równoznaczne z inwazją na Libię - tłumaczył przedstawiciel Rady Rafiz Ghoga. Dodał, że "zdecydowanie sprzeciwia się obecności jakichkolwiek zagranicznych sił na libijskiej ziemi", ale istnieje ogromna różnica między taką obecnością a "strategicznymi uderzeniami z powietrza".

Świat nie kwapi się jednak do takiej akcji. Coraz bardziej oddala się też perspektywa ustanowienia nad Libią ONZ-owskiej strefy zakazu lotów, bo przeciwne są jej Rosja i Chiny. - Taka strefa wymagałaby zaatakowania libijskich lotnisk i stanowisk obrony przeciwlotniczej - przestrzegał wczoraj amerykańskich kongresmenów szef Pentagonu Robert Gates. De facto chodziłoby więc o nową wojnę, a jak podkreślił Gates, USA nie mają nawet w tamtym rejonie wystarczającej ilości samolotów.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 8 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':