Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Zgodnie z nowelizacją ustawy o stosunku państwa do Kościoła katolickiego komisja majątkowa przestała istnieć 1 marca (decyzję o likwidacji rząd podjął w porozumieniu z Konferencją Episkopatu). Wczoraj w
MSWiA zaprezentowano raport z jej działalności w latach 1989-2011.
W tym czasie Komisja przekazała Kościołowi 65 tys. 537,9 ha ziemi i ponad 143,5 mln zł odszkodowań w gotówce. Szczegółowy wykaz - co i komu przekazano - jest na stronie MSWiA.
Komisja dostała 3063 wnioski, w przypadku 666 z nich postępowania odrzucono bądź umorzono, do rozpatrzenia zostało jeszcze 216.
Ziemia nie do oszacowania Na ile można wycenić wartość oddanej Kościołowi ziemi? Wciąż nie wiadomo. - Nie jesteśmy w stanie tego policzyć - stwierdził Krzysztof Wąsowski, współprzewodniczący Komisji ze strony kościelnej.
Józef Różański, współprzewodniczący ze strony rządowej, dodał: - Nieruchomości zmieniały przez lata swój charakter, nikt nie jest w stanie oszacować ich wartości.
Jeśli chodzi o pozostałe 216 wniosków, instytucje kościelne mogą dochodzić roszczeń przed sądami. To podobno sprawy najtrudniejsze. Wąsowski wspomniał wczoraj np. o roszczeniach warszawskich księży misjonarzy. Na terenie ich utraconych
nieruchomości stoją dziś budynki Uniwersytetu Warszawskiego.
Kontrowersje i zarzuty W ostatnich latach ujawniano różne nieprawidłowości w działaniu Komisji. Czasami do
gry wchodzili prokuratorzy. Ci z Gliwic zarzucają np. korupcję Markowi P., pełnomocnikowi wielu instytucji kościelnych przed Komisją.
"Gazeta" opisywała kontrowersyjne decyzje Komisji, jak w przypadku poznańskich elżbietanek, którym w ramach rekompensaty za utracone grunty w Wielkopolsce oddano ziemię w warszawskiej Białołęce. Samorząd zamierzał tam budować szkoły i boiska i wycenił ją na 240 mln zł. Komisja przyjęła wycenę Kościoła - 30 mln zł.
W związku z tą sprawą w czerwcu 2010 r. warszawska prokuratura okręgowa postawiła zarzuty siedmiu osobom. Zarzut poświadczenia nieprawdy w dokumentach związanych z przyznaniem ziemi elżbietankom dostał sam Wąsowski oraz były i wieloletni szef Komisji ks. Mirosław P.
Sam Wąsowski przyznał wczoraj, że postawiono mu zarzuty, ale nie ma dostępu do akt śledztwa. - Traktuje się nas jak skazanych, ale uważam, że rozstrzygnięcia w sprawie Białołęki były prawidłowe. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Jestem skłonny bronić orzeczeń, w których brałem udział. I dodał,że jako reprezentant Kościoła miał reprezentować
Kościół, więc im więcej Kościół otrzymał, tym lepiej.
W ubiegłym tygodniu CBA złożyło do Prokuratury Generalnej 11 zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa przy decyzjach Komisji. Jak ustaliła "Gazeta", CBA bada, czy zwracając majątki Kościołowi, Komisja nie naruszyła interesów samorządów. Ale nawet jeśli tak było, członkom Komisji nie można postawić zarzutów - ze względu na niepaństwowy charakter Komisji w myśl prawa karnego nie są oni funkcjonariuszami publicznymi.
- Nikt z nas nie widział zarzutów CBA. Członkowie Komisji mają status zbliżony raczej do sędziów niż urzędników publicznych - mówi Wąsowski.
Szefowie bez euforii W sprawozdaniu czytamy, że Komisja działała "w trybie mediacyjno-polubownym". Dziennikarze pytali Różańskiego i Wąsowskiego, czy są zadowoleni z efektów jej prac.
Wąsowski nie jest, bo Komisja nie zaspokoiła roszczeń Kościoła. - Kościół stracił dużo więcej. Dlatego nie ma euforii, jesteśmy dość krytyczni.
Różański odpowiedział wymijająco: - Moją intencją było, żeby do prac Komisji włączyć jak najszerszy krąg: samorządy, Agencję Nieruchomości Rolnych, wojewodów.
Chodzi o to, że jednym z zarzutów była niejawność prac Komisji. Lokalne władze o podjętych decyzjach dowiadywały się często jako ostatnie. Dopiero dwa lata temu zdecydowano, że na posiedzenia Komisji będą zapraszane wszystkie zainteresowane strony, w tym przedstawiciele Agencji Nieruchomości Rolnych.