http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wszystkie naciski przed Tbilisi

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski
2011-03-03, ostatnia aktualizacja 2011-03-03 17:00

Gdy dowódca Tu-154 nie chciał wykonać rozkazu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, aby lecieć do objętej wojną Gruzji, wiceszef sił powietrznych chciał, aby stery przejął drugi pilot. A był nim wtedy kpt. Arkadiusz Protasiuk, który 20 miesięcy później dowodził prezydenckim lotem do Smoleńska

kpt. Arkadiusz Protasiuk
Fot za sp.mil.pl
kpt. Arkadiusz Protasiuk
12 sierpnia późna noc. Prezydenci dotarli do Tbilisi bardzo późno. Najpierw długo czekali na Jałcie na Juszczenkę a potem musieli dojechać z Azerbejdżanu. Zdążyli jednak wystąpić na wiecu poparcia dla Saakashivilego.
Fot. GLEB GARANICH REUTERS
12 sierpnia późna noc. Prezydenci dotarli do Tbilisi bardzo późno. Najpierw...

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



"Gazeta" jako pierwsza ujawnia notatkę służbową, którą dla szefa MON tuż po tzw. incydencie gruzińskim napisał ówczesny dowódca Tu-154 kpt. Grzegorz Pietruczuk. Na trzech stronach opisał szczegółowo kto, kiedy i w jaki sposób próbował wpłynąć na zmianę planu lotu i zmuszenia do lądowania w objętej wojną Gruzji.

Bomba w pobliżu lotniska

Chodzi o zdarzenia z 12 sierpnia 2008 r. na lotnisku w Symferopolu (Ukraina). Prezydent Lech Kaczyński z delegacjami przywódców Litwy, Łotwy, Estonii i Ukrainy udawał się do Tbilisi, stolicy Gruzji (na pokładzie były 74 osoby). Chciał wesprzeć prezydenta Michaiła Saakaszwilego w konflikcie z Rosją.

Delegacja miała wylądować w Gandży (Azerbejdżan) i stamtąd samochodami opancerzonymi z ochroną jechać do Tbilisi. Jednak podczas postoju w Symferopolu (miał tu dołączyć prezydent Ukrainy) prezydent Kaczyński zażądał zmiany planów: zamiast do Gandży chciał lecieć do Tbilisi. O tych planach dowódcę lotu kpt. Pietruczuka poinformowali ówczesny szef BBN Władysław Stasiak i szef gabinetu prezydenta Maciej Łopiński.

"Przystąpiłem do analizy możliwości wykonania zadania" - napisał w notatce kpt. Pietruczuk. Dowiedział się, że w pobliżu pasa startowego w Tbilisi wybuchła bomba, a naziemne urządzenia radarowe prawdopodobnie zostały zniszczone, więc nie ma kontroli radarowej.

O sytuacji w Gruzji nie miała też informacji załoga ukraińskiego prezydenta. Stwierdzili, że "nie są przygotowani do należytej ochrony swojego prezydenta".

Szef ochrony polskiego prezydenta płk Krzysztof Olszowiec też był przeciwko lądowaniu w Tbilisi, bo - jak napisał kpt. Pietruczuk - "nie jest przygotowany do należytej ochrony pana prezydenta".

W tej sytuacji kpt. Pietruczuk doszedł do wniosku, że niezaplanowany lot nad terenem objętym wojną może nieść ryzyko zestrzelenia, a lądowanie na zbombardowanym lotnisku jest niebezpieczne. Poinformował o tym Stasiaka i Łopińskiego.

Wtedy zaczęły się naciski. - To były wręcz próby wymuszenia zmiany decyzji - opisuje w rozmowie z "Gazetą" gen. Artur Kołosowski, wówczas szef sekretariatu ministra obrony narodowej. To on na polecenie szefa MON badał okoliczności incydentu gruzińskiego.

Stasiak miał przekonywać dowódcę argumentami "politycznymi" (tak nazywa je w notatce kpt. Pietruczuk), że "do Tbilisi wybiera się prezydent Sarkozy i musimy być tam przed nim".

Kapitan nie zmienił zdania. Umocnił się w tym po rozmowie z tzw. agentem handlingowym, który w Tbilisi prowadził obsługę naziemną polskich samolotów. "Przekazał mi, że ze względu na zagrożenie wraz z rodziną opuścił Tbilisi i nie posiada żadnych informacji o lotnisku "- napisał kpt. Pietruczuk w notatce.

Prezydent wchodzi do kabiny

Wtedy - jak czytamy w notatce - do dowódcy zadzwonił gen. Krzysztof Załęski, z-ca dowódcy sił lotniczych. To nowy, nieznany dotąd fakt.

Z notatki kpt. Pietruczuka: - "Generał Załęski próbował nakłonić mnie do zmiany decyzji i odbycia lotu bezpośrednio do Tbilisi. Kiedy przedstawiłem wszystkie argumenty uniemożliwiające wykonanie lotu i odmówiłem, pan generał spytał, czy drugi pilot kpt. A. Protasiuk może objąć moje obowiązki i wykonać lot do Tbilisi".

Okazało się, że nie mógł, bo miał za mało wylatanych godzin, aby przesiąść się na fotel pierwszego pilota.

Wtedy gen. Załęski wysłał faks do ówczesnego dowódcy 36. specpułku płk. Tomasza Pietrzaka, aby kazał "wykonać polecenie pana prezydenta" lotu z Gandży do Tbilisi. Gen. Załęski jest w rezerwie, nie udało nam się z nim wczoraj skontaktować.

Płk Piotr Łukaszewicz, były szef oddziału szkolenia lotniczego dowództwa sił powietrznych, mówi "Gazecie", że w tzw. rozkazie lotu, na podstawie którego się go wykonuje, jest napisane, kto pełni jaką funkcję (pierwszego pilota, drugiego, nawigatora, technika). - Drugi pilot może przejąć miejsce pierwszego tylko, gdy ten nie jest w stanie pełnić swoich obowiązki, np. z powodów zdrowotnych - mówi Łukaszewicz. - W innej sytuacji taka zmiana jest niedopuszczalna, to podważenie kompetencji dowódcy.

Kiedy kpt. Pietruczuk nadal odmawiał lotu do Tbilisi, do kabiny przyszedł prezydent Kaczyński. Padła znana już wymiana zdań. Z notatki dowódcy: "Prezydent: Czy pan wie, kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych RP?. Kpt. Pietruczuk: Tak wiem, pan, panie prezydencie. Prezydent: W takim razie polecam wykonać lot do Tbilisi. Po tym pan prezydent wyszedł, nie czekając na moje wyjaśnienia".

Prezydent zadzwonił do szefa MON, Bogdana Klicha, aby ten kazał dowódcy samolotu wykonać jego rozkaz. Minister odmówił.

W końcu prezydent się poddał i poprzez płk. Olszowca przekazał dowódcy, że - cytujemy za notatką dowódcy - "Skoro nie możemy wykonać polecenia pana prezydenta, pan prezydent prosi, aby dalszy lot był kontynuowany zgodnie z wcześniej postawionym zadaniem tzn. do Gandży".

Ostatecznie samolot planowo wylądował w Gandży. W przedostatnim zdaniu swojej notatki kpt. Pietruczuk napisał: „Podczas opuszczania pokładu samolotu prezydent RP powiedział: »jeszcze się z panem policzę «. Odbyło się to w obecności szefowej pokładu”.

- Kapitan Pietruczuk po tych zdarzeniach był rozbity emocjonalnie, był w złym stanie. Gdy poprosiliśmy o zrelacjonowanie tego, co się działo w Symferopolu, pytał, co teraz z nim będzie - wspomina w rozmowie z "Gazetą" gen. Kołosowski. - Wyraźnie obawiał się o przyszłość w wojsku. Zapewniłem go, że postąpił bardzo odpowiedzialnie i że na pewno włos mu z głowy nie spadnie.

Potem min. Klich odznaczył pilota za wzorowe wypełnianie przepisów na pokładzie samolotu. Szef klubu PiS Przemysław Gosiewski w sejmowym wystąpieniu nazwał go "tchórzem". A Karol Karski złożył na dowódcę doniesienie do prokuratury (sprawę umorzono). Prezydent nie chciał już latać z Pietruczukiem.

Gen. Kołosowski zwraca uwagę, że świadkami przepychanek i nacisków 12 sierpnia byli kpt. Arkadiusz Protasiuk i nawigator mjr Robert Grzywna. To oni pilotowali Tu-154, który 10 kwietnia 2010 r. rozbił się w Smoleńsku. - Nie jestem psychologiem, ale lecąc do Smoleńska, mogli mieć w tyle głowy wydarzenia z Symferopola - mówi generał.

Przeczytaj:
* Rozkaz generała Krzysztofa Załęskiego
* Notatkę kapitana Grzegorza Pietruczuka



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 103 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    509 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':