http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dubieniecki: Wykonałem zlecenie klienta

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2011-03-03, ostatnia aktualizacja 2011-03-03 12:26

20 czerwca 2010 r. Wieczór wyborczy w siedzibie PiS po pierwszej turze wyborów prezydenckich. Od lewej: Jarosław Kaczyński, Marcin Dubieniecki i Marta Kaczyńska
20 czerwca 2010 r. Wieczór wyborczy w siedzibie PiS po pierwszej turze wyborów prezydenckich. Od lewej: Jarosław Kaczyński, Marcin Dubieniecki i Marta Kaczyńska
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Dubieniecki i gangsterzy cz. 2. Marcin Dubieniecki, mąż Marty Kaczyńskiej, zarejestrował na siebie spółkę MD Invest Group, która faktycznie należy do skazanego za kierowanie grupą przestępczą Tomasza M. ps. "Matucha"

ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Czy Marcin Dubieniecki zrobi karierę w polityce?

Tak, pokazał, że jest obrotny, w polityce da sobie radę
Nie, polityka nie jest dla takich jak on
A kto to jest Marcin Dubieniecki?
Nie obchodzi mnie kariera pana Dubienieckiego

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Przeczytaj też cz. 1 reportażu: Mąż stąpa twardo po ziemi

31-letni Marcin Dubieniecki ubiera się elegancko i drogo. W pracy i w studiach telewizyjnych preferuje modne pantofle, stalowe garnitury i białe albo błękitne koszule. W Trójmieście widuje się go czasem na sportowo, ale zawsze w markowych ciuchach.

Uwadze tabloidów nie uszło, że gdy Marta Kaczyńska-Dubieniecka odebrała trzymilionowe odszkodowanie za śmierć rodziców, on wymienił luksusowego SUV-a BMW X6 (za niespełna pół miliona zł) na ekstrawaganckie porsche 911 carrera (grubo ponad pół miliona). Wcześniej jeździł terenowym subaru.

Według naszego informatora X właśnie przy okazji zakupów samochodowych poznał Tomasza M. zwanego "Matuchą", właściciela sieci sprzedaży luksusowych aut.

Człowiek braci Stajszczaków

Tomasz M. to starszy od mecenasa Dubienieckiego o 20 lat absolwent technikum samochodowego. Od zawsze handluje autami - w Niemczech i Polsce.

Wysoki, siwiejący, z solidnym brzuszkiem, ceni sobie drogie garnitury i luksusowe limuzyny. Pochodzi z Inowrocławia pod Bydgoszczą. W połowie lat 80. oba miasta po raz pierwszy zobaczyły na żywo Rolls-Royce'a. To "Matucha" jechał z pałacu ślubów do pałacu w podinowrocławskich Kobylnikach, gdzie odbyło się jego wesele.

W Bydgoszczy Tomasz M. znany jest (m.in. prokuratorom) jako przyjaciel, współpracownik czy po prostu "człowiek braci Stajszczak", o których już tyle pisaliśmy w "Gazecie", że teraz przypomnimy tylko najważniejsze fakty:

Na przełomie lat 80. i 90., gdy sklepy świeciły pustkami, a pełne były peweksy, Janusz i Mirosław Stajszczakowie sprowadzili bez cła (jako towar z Trzeciego Świata) hektolitry wódki z Niemiec. Sprzedawali ją za złotówki. Zarobili kilkaset ówczesnych miliardów (kilkadziesiąt milionów dolarów), dzięki czemu rozwinęli handlowe imperium (firmy Weltinex, Polfrost, Maktronik, własny dziennik regionalny i drużyna sportowa).

Mieli tyle złotówek, że głównym problemem stało się, "co z tą masą robić". Z dwoma wspólnikami - cinkciarzem i senatorem RP - założyli Bydgoski Bank Komunalny. Niestety, cinkciarz i senator, z chciwości, rozwijali na boku własne piramidy finansowe. Gdy padły, ludzie rzucili się wypłacać pieniądze z BBK - i tak posypały się kostki domina. Skarbówka zażądała zaległych podatków i ceł; gdy bracia poprzesuwali gotówkę między firmami, prokuratura postawiła zarzuty "ucieczki spod zajęcia". Janusz Stajszczak musiał się ewakuować do Rosji, Mirosław poszedł za kratki w odpryskowej sprawie.

Potem jest jeszcze kilka lat procesów i w 2002 r. - koniec. Co orzeczone - to odsiedziane; co się przewlekło - umorzone. Nie ma już "alkoholowych" firm. Majątek braci jest teraz ulokowany w ponad setce spółek (w większości zagranicznych), które tworzą piętrowe, trudne do ogarnięcia zależności.

W kolejnych latach należą do Stajszczaków (lub ich zaufanych) m.in.: sieć sprzedaży AGD Domar, bydgoski hotel City, firma Auto-Polmozbyt, kołobrzeskie hotele Arka i Mega, szczecińskie przedsiębiorstwo Green Field i warszawski biurowiec Panorama.

W tym ostatnim lokuje przez pewien czas swój biznes samochodowy Tomasz M. To pierwsza nitka łącząca go z braćmi.

Druga to obecność na 50. urodzinach Janusza - imprezie zorganizowanej dwa lata temu w hotelu City dla ludzi najbliższych braciom. Jeden z uczestników przyjęcia pokazał nam płytę CD ze zdjęciami z przyjęcia wydanego w stylu PRL: Janusz ucharakteryzowany na cinkciarza (którym kiedyś był) pozuje na scenie z dwiema paniami (jedna to finalistka Miss Polski '97) i "Matuchą" ubranym w jedwabną różową koszulę. W tle girlandy z papieru toaletowego, plakaty sławiące ludzi pracy oraz orkiestra przebrana za ZSMP-owców i milicjantów. Nad tym hasło: "Coca-cola twój wróg!".

I jeszcze jeden trop. Stajszczakowie i "Matucha" mieli tego samego obrońcę - bydgoskiego adwokata Krzysztofa Ogrodowicza, który reprezentował braci w co najmniej kilku sprawach, a "Matuchę" - w jednej, bardzo głośnej.

Baza SKR znowu pracuje

Rojewo - wieś ukryta w lesie między Inowrocławiem a Bydgoszczą. Pierwsze miesiące 2002 r. Paweł K. zwany "Kaczką" prowadzi sklep z częściami do maszyn w dawnym biurowcu Spółdzielni Kółek Rolniczych. Latem zaopatrują się u niego gospodarze z okolicy, zimą nie zagląda pies z kulawą nogą, więc "Kaczka" tylko patrzy przez okno na topniejący śnieg i czarny dym snujący się nad dziurawym dachem wielkiej, opustoszałej hali po SKR. Buda się zapada - miejscowi rozebrali, co się nadawało na złom, w ruinach opalają izolację z kradzionych kabli (stąd dym), nikt tego wszystkiego nie chce kupić ani wynająć.

Po robocie w piątek Paweł K. przebiera się w koszulę i jedzie na dyskotekę do sąsiedniej wsi. Tam poznaje torunianina Tomasza D. pseudonimy "Rekin" i "Boss".

Kilka miesięcy później podczas przesłuchania przed inowrocławskim sądem rejonowym "Kaczka" powie: - "Rekin" zapytał mnie, czy to prawda, że mogę załatwić dużą halę. Przyjechał do mnie mercedesem klasy S i obejrzeliśmy budynek.

"Rekin" jest zadowolony, podpisuje umowę najmu, na teren SKR zaczynają wjeżdżać furgonetki na nieznanych mieszkańcom Rojewa rejestracjach.

- Rozładowywali je ludzie "Rekina" - zezna "Kaczka". - Nie wiedziałem, co w nich zwożą. Czasem tylko przez szparę zerknąłem i zauważyłem, że upychali kartony w podłogi. Kiedyś, jak nikogo nie było w środku, oderwałem kawałek kartonu i zobaczyłem wagony papierosów. Nikomu o tym nie powiedziałem, bo się bałem. Wiedziałem z dyskoteki, co "Rekin" umie. Po transitach przyjechała wielka ciężarówka. Podejrzałem, że na pace ma zrobione jakby drugie dno. Ludzie "Rekina" ładowali w tę dziurę fajki, to znaczy kartony. Podsłyszałem, jak "Rekin" rozmawiał z kimś przez telefon i mówili też coś o dziupli na spirytus. Mnie zapytał, czy nie wiem, kto by kupił dużą ilość spirytu, półlegalnego, odrzut z Polmosu. "Z tira spadły beczki", jak się to mówi. Nie znałem nikogo takiego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 166 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    114 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':