31-letni Marcin Dubieniecki ubiera się elegancko i drogo. W pracy i w studiach telewizyjnych preferuje modne pantofle, stalowe garnitury i białe albo błękitne koszule. W Trójmieście widuje się go czasem na sportowo, ale zawsze w markowych ciuchach.
Uwadze tabloidów nie uszło, że gdy Marta Kaczyńska-Dubieniecka odebrała trzymilionowe odszkodowanie za śmierć rodziców, on wymienił luksusowego SUV-a BMW X6 (za niespełna pół miliona zł) na ekstrawaganckie porsche 911 carrera (grubo ponad pół miliona). Wcześniej jeździł terenowym subaru.
Według naszego informatora X właśnie przy okazji zakupów samochodowych poznał Tomasza M. zwanego "Matuchą", właściciela sieci sprzedaży luksusowych aut.
Człowiek braci Stajszczaków Tomasz M. to starszy od mecenasa Dubienieckiego o 20 lat absolwent technikum samochodowego. Od zawsze handluje autami - w Niemczech i Polsce.
Wysoki, siwiejący, z solidnym brzuszkiem, ceni sobie drogie garnitury i luksusowe limuzyny. Pochodzi z Inowrocławia pod Bydgoszczą. W połowie lat 80. oba miasta po raz pierwszy zobaczyły na żywo Rolls-Royce'a. To "Matucha" jechał z pałacu ślubów do pałacu w podinowrocławskich Kobylnikach, gdzie odbyło się jego wesele.
W Bydgoszczy Tomasz M. znany jest (m.in. prokuratorom) jako przyjaciel, współpracownik czy po prostu "człowiek braci Stajszczak", o których już tyle pisaliśmy w "Gazecie", że teraz przypomnimy tylko najważniejsze fakty:
Na przełomie lat 80. i 90., gdy sklepy świeciły pustkami, a pełne były peweksy, Janusz i Mirosław Stajszczakowie sprowadzili bez cła (jako towar z Trzeciego Świata) hektolitry wódki z Niemiec. Sprzedawali ją za złotówki. Zarobili kilkaset ówczesnych miliardów (kilkadziesiąt milionów dolarów), dzięki czemu rozwinęli handlowe imperium (firmy Weltinex, Polfrost, Maktronik, własny
dziennik regionalny i drużyna sportowa).
Mieli tyle złotówek, że głównym problemem stało się, "co z tą masą robić". Z dwoma wspólnikami - cinkciarzem i senatorem RP - założyli Bydgoski Bank Komunalny. Niestety, cinkciarz i senator, z chciwości, rozwijali na boku własne piramidy finansowe. Gdy padły, ludzie rzucili się wypłacać pieniądze z BBK - i tak posypały się kostki domina. Skarbówka zażądała zaległych podatków i ceł; gdy bracia poprzesuwali gotówkę między firmami, prokuratura postawiła zarzuty "ucieczki spod zajęcia". Janusz Stajszczak musiał się ewakuować do Rosji, Mirosław poszedł za kratki w odpryskowej sprawie.
Potem jest jeszcze kilka lat procesów i w 2002 r. - koniec. Co orzeczone - to odsiedziane; co się przewlekło - umorzone. Nie ma już "alkoholowych" firm. Majątek braci jest teraz ulokowany w ponad setce spółek (w większości zagranicznych), które tworzą piętrowe, trudne do ogarnięcia zależności.
W kolejnych latach należą do Stajszczaków (lub ich zaufanych) m.in.: sieć sprzedaży AGD Domar, bydgoski hotel City, firma Auto-Polmozbyt, kołobrzeskie hotele Arka i Mega, szczecińskie przedsiębiorstwo Green Field i warszawski biurowiec Panorama.
W tym ostatnim lokuje przez pewien czas swój biznes samochodowy Tomasz M. To pierwsza nitka łącząca go z braćmi.
Druga to obecność na 50. urodzinach Janusza - imprezie zorganizowanej dwa lata temu w hotelu City dla ludzi najbliższych braciom. Jeden z uczestników przyjęcia pokazał nam płytę CD ze zdjęciami z przyjęcia wydanego w stylu PRL: Janusz ucharakteryzowany na cinkciarza (którym kiedyś był) pozuje na scenie z dwiema paniami (jedna to finalistka Miss Polski '97) i "Matuchą" ubranym w jedwabną różową koszulę. W tle girlandy z papieru toaletowego, plakaty sławiące ludzi pracy oraz orkiestra przebrana za ZSMP-owców i milicjantów. Nad tym hasło: "Coca-cola twój wróg!".
I jeszcze jeden trop. Stajszczakowie i "Matucha" mieli tego samego obrońcę - bydgoskiego adwokata Krzysztofa Ogrodowicza, który reprezentował braci w co najmniej kilku sprawach, a "Matuchę" - w jednej, bardzo głośnej.
Baza SKR znowu pracuje Rojewo - wieś ukryta w lesie między Inowrocławiem a Bydgoszczą. Pierwsze miesiące 2002 r. Paweł K. zwany "Kaczką" prowadzi sklep z częściami do maszyn w dawnym biurowcu Spółdzielni Kółek Rolniczych. Latem zaopatrują się u niego gospodarze z okolicy, zimą nie zagląda pies z kulawą nogą, więc "Kaczka" tylko patrzy przez okno na topniejący śnieg i czarny dym snujący się nad dziurawym dachem wielkiej, opustoszałej hali po SKR. Buda się zapada - miejscowi rozebrali, co się nadawało na złom, w ruinach opalają izolację z kradzionych kabli (stąd dym), nikt tego wszystkiego nie chce kupić ani wynająć.
Po robocie w piątek Paweł K. przebiera się w koszulę i jedzie na dyskotekę do sąsiedniej wsi. Tam poznaje torunianina Tomasza D. pseudonimy "Rekin" i "Boss".
Kilka miesięcy później podczas przesłuchania przed inowrocławskim sądem rejonowym "Kaczka" powie: - "Rekin" zapytał mnie, czy to prawda, że mogę załatwić dużą halę. Przyjechał do mnie mercedesem klasy S i obejrzeliśmy budynek.
"Rekin" jest zadowolony, podpisuje umowę najmu, na teren SKR zaczynają wjeżdżać furgonetki na nieznanych mieszkańcom Rojewa rejestracjach.
- Rozładowywali je ludzie "Rekina" - zezna "Kaczka". - Nie wiedziałem, co w nich zwożą. Czasem tylko przez szparę zerknąłem i zauważyłem, że upychali kartony w podłogi. Kiedyś, jak nikogo nie było w środku, oderwałem kawałek kartonu i zobaczyłem wagony papierosów. Nikomu o tym nie powiedziałem, bo się bałem. Wiedziałem z dyskoteki, co "Rekin" umie. Po transitach przyjechała wielka ciężarówka. Podejrzałem, że na pace ma zrobione jakby drugie dno. Ludzie "Rekina" ładowali w tę dziurę fajki, to znaczy kartony. Podsłyszałem, jak "Rekin" rozmawiał z kimś przez telefon i mówili też coś o dziupli na spirytus. Mnie zapytał, czy nie wiem, kto by kupił dużą ilość spirytu, półlegalnego, odrzut z Polmosu. "Z tira spadły beczki", jak się to mówi. Nie znałem nikogo takiego.