http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Uratowany przez esesmana

Michał Kokot, Tomasz Wysocki
2011-03-01, ostatnia aktualizacja 2011-03-01 10:26

Niemieckie Salzgitter. Polscy robotnicy przymusowi pracują przy układaniu nasypu kolejowego
Niemieckie Salzgitter. Polscy robotnicy przymusowi pracują przy układaniu nasypu kolejowego
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Pod murem, z rękami na karku, stoi Zdzisław, 17-letni robotnik przymusowy z Wielunia. Obok niego Bronek, też Polak. Trzy kroki za nimi żołnierze odbezpieczają karabiny.

Jest 6 kwietnia 1945 roku. Ostatni dzień wojny we wsi Löwendorf w zachodnich Niemczech. Cztery lata młodszy Zdzisiek Kowalik* namówił Bronka, aby wyszli na drogę. Alianci muszą dziś przyjść, poczekają na nich na krzyżówce przed kościołem, przekonywał Zdzisiek. A może będą z nimi jacy Polacy, wtedy przywitają ich pierwsi. Serca biły im z podniecenia.

Od zachodu od kilku dni dudniły salwy z ciężkich dział, w nocy angielskie samoloty zbombardowały Albaxen, odległe tylko o kilkanaście kilometrów. Ostatnią noc robotnicy z Löwendorf przeczekali w lesie. Nie chcieli ryzykować, ich wioska też mogła być zbombardowana. Kiedy nad ranem wrócili, ulicami przebiegały pojedyncze osoby, większość miejscowych pochowała się po piwnicach.

Zanim Polacy wyszli na drogę, ubrali najgorsze ubrania. Nie chcieli, by Amerykanie wzięli ich za Niemców. Do marynarek przypięli żółte kwadraty z dużym "P", taki znak powinien nosić na ubraniu każdy Polak. To też bardziej na wypadek spotkania z aliantami niż z niemieckiego nakazu. Jeszcze niedawno, jak żandarm złapał któregoś z robotników bez znaczka, od razu lał po twarzy. Teraz Niemców już to nie obchodzi.

We wsi przybyło uciekinierów ze zniszczonych bombardowaniami dużych miast. Co rusz pojawiały się plotki, że ktoś z tutejszych poległ albo zaginął na froncie. Niemcy bardziej niż propagandy słuchali tego, co opowiadali żołnierze na urlopach. Odważniejsi otwarcie krytykowali Hitlera, już nie wierzyli w triumf III Rzeszy.

Przez ostatnie miesiące Polakom, Francuzom, Rosjanom, Ukraińcom, Włochom żyło się spokojnie. Ciężko pracowali w polu i przy zwierzętach, ale w wolnych chwilach, najczęściej w niedzielę, spotykali się, grali w karty, z młodymi Niemcami słuchali audycji BBC, raz nawet przymierzali się do pędzenia bimbru, romansowali. Bronek był podrywaczem, chwalił się nawet, że Niemka z Albaxen jest z nim w ciąży. Gdyby się wydało, od razu dostałby wyrok śmierci za złamanie ustawy o czystości rasy.

Zdzisiek nie miał na co narzekać, u Pressmanów miał lepiej niż wcześniej w obozach pracy. Dużo pracował, ale miał też swój pokój na poddaszu. I on, i młoda Ukrainka Nadia do stołu siadali z domownikami, na obiad wszyscy jedli to samo.

Nie strzelać, to moi robotnicy

Zdzisiek i Bronek długo nie czekali na krzyżówce. Zamiast aliantów zza rogu wyjechał motocykl z trzema żołnierzami Wehrmachtu, Niemcy o nic nie pytali, od razu ustawili Polaków pod murem, sami stanęli kilka kroków za nimi.

Zdzisław mówi: - To nieprawda, że przed śmiercią całe życie przelatuje ci przed oczami. Nie wspominałem ani matki, ani dzieciństwa, nic. W głowie miałem kompletną pustkę. Cała krew odpłynęła, byłem jak z kamienia.

Z domu po drugiej stronie drogi ktoś krzyknął: - Stać! Nie strzelać! To są robotnicy mojego ojca.

To był jednonogi Peter Wassermann. Bronek rzeczywiście pracował u jego ojca. Peter miał tylko 21 lat. Na żołnierzach wrażenie zrobił jego SS-mański mundur.

Co było dalej, Kowalik pamięta jak przez sen. Zarejestrował tylko, że młody Wassermann kazał ich sobie przyprowadzić, potem wyzwał od głupców i wypuścił.

- Bóg nam przysłał w tym momencie tego esesmana jak wybawiciela. Nie jestem ortodoksyjny co do wiary, nie wierzę w cuda, ale wtedy to był cud - mówi 83-letni dziś Kowalik.

Zdzisiek pobiegł do domu, krótko wspomniał Pressmanowej o scenie pod kościołem. Nie było czasu na rozpamiętywanie tego, co się wydarzyło. Do wsi wjechały alianckie czołgi, Niemcy jak na komendę wywiesili białe flagi, schowani w piwnicach czekali, co będzie dalej. Amerykanie byli już w podwórkach, w ogrodach i sadach, przeszukiwali domy.

Kiedy wpadli z karabinami do domu Pressmanów, Zdziśkowi znowu ze strachu odpłynęła cała krew. Sami Murzyni.

- Jak ja się ich bałem... Wcześniej nigdy nie widziałem Murzyna, tylko przed wojną w kinie, jak byłem na "Tarzanie".

Powroty do domu

Oswobodzeni Polacy, Francuzi, Rosjanie i Ukraińcy cieszyli się jak dzieci. Kiedy minęła pierwsza euforia, zaczęli myśleć, co dalej. Zdzisław jeszcze kilka tygodni został w Löwendorf, potem trafił do przejściowego obozu, jakie dla robotników przymusowych i jeńców utworzyli alianci. Jeszcze w Löwendorf poznał Polaka, który służył w amerykańskiej armii. Nie dał się namówić do wstąpienia do wojska, wrócił do domu.

Peter z grupą młodych esesmanów zdążył uciec z Löwendorf. Dotarł do Drezna, stamtąd barką uciekał kilka dni na południe. Gdy wojna się skończyła, postanowił wrócić do rodzinnej wsi. W trójkę, z kolegą z wojska, Austriakiem, i Niemką, łączniczką, szli lasami. Po drodze wycięli sobie żyletkami wytatuowane pod pachami znaczki SS.

Dotarł do domu, ale we wsi uważano go za mordercę. Najbliżsi też by się do niego najchętniej nie przyznawali. Wyjechał do Zagłębia Ruhry. Poznał przyszłą żonę, założył rodzinę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 84 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    97 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':