Robiła sobie Monika Drożyńska, artystka krakowska, w ostatnich miesiącach projekt "Haft miejski". Chodziła po mieście, notowała napisy napotkane na murach, co bliższe jej sercu wieczorami w domowym zaciszu wyszywała, inspirując się haftem ludowym. Pracami podzieliła się z opinią publiczną, a dzięki wsparciu ministerialnego stypendium oraz sponsora umieściła je na billboardach i telebimach w kilku polskich miastach.
I tak przechodnie dowiadywali się z wyszywanych przez Drożyńską literek, że "W życiu liczy się lans i dobry wygląd", zapoznali się z hasłem "Naszość", "Wielki bełkot" oraz "Mam dość", przeczytali też apel "Przestańcie umierać".
Pewnie większej uwagi by do nich nie przywiązali, gdyby artystka na ostatnią odsłonę projektu nie wybrała pracy "Zimo, wypierdalaj", skądinąd jeszcze ubiegłorocznej i przez śledzących jej poczynania kulturalnych krakowian od dawna znanej. A może nawet to by nie wystarczyło, gdyby dziennikarze "Wiadomości", świadomi niedawnego zamieszania wokół dotowanego z publicznych pieniędzy komiksu o Chopinie, w którym pada - uwaga! - około pięciu brzydkich słów, nie poczuli newsa i nie postanowili podążyć za ciosem.
I tak Drożyńska wraz z ministerstwem została powieszona niczym billboard, ale w bardziej skandalizującym tonie, bo przecież żyjemy w kraju, w którym nikomu nie przyjdzie do głowy, że piloci tuż przed katastrofą samolotu mogą mówić coś innego niż "Jezu, Jezu". Jest to też jednak kraj, w którym regularnie do sieci wyciekają niecenzuralne słowa rzucane przez telewizyjnych prezenterów poza oficjalnym nagraniem, osoby publiczne dają się przyłapać na tekstach w stylu "Spieprzaj, dziadu", a dzieci na podwórkach nierzadko częściej mówią "kurwa" niż "mama".
Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko zasugerować Drożyńskiej, by po świętym oburzeniu, jakiego padła ofiarą, na następne hasło do wyszywania wybrała sobie słowo "Hipokryzja".
Źródło: Gazeta Wyborcza