- Jedząc kurczaka curry, zastanawiałem się, kim są nielegalni imigranci - zaczął Tomasz Cytrynowicz, dyrektor departamentu legalizacji pobytu w Urzędzie ds. Cudzoziemców. - Ukraińska opiekunka do dzieci, której wiza wygasła, wietnamski kucharz, który przyjechał nielegalnie, to mogą być osoby, których dzieci chodzą u nas do szkoły, są zintegrowane, czują się Polakami. Oni nie są nielegalni - bo żaden człowiek nie jest nielegalny - ale nie mają prawa do legalnego pobytu w Polsce. Albo go nie dostali, albo się o niego nie ubiegali.
Cytrynowicz: nielegalnych imigrantów jest w Polsce od 50 tys. do nawet pół miliona. 98 tys. cudzoziemców ma kartę pobytu - na określony czas. Niektórzy starają się o prawo do pobytu stałego. Część nie może albo nie potrafi spełnić wymaganych warunków. Jeżeli taka sytuacja zdarzy się po długim pobycie legalnym, jest tragedia - trzeba Polskę opuścić.
Zdarza się jednak, że od decyzji o wydaleniu do wydalenia mija długi czas, w którym warunki prawne mogą się zmienić, i część cudzoziemców zostaje. Istnieją w Polsce ramy do uzyskania prawa pobytu, poruszamy się w nich w sposób ludzki i humanitarny - powiedział dyrektor Cytrynowicz.
- Polskie prawo nie jest humanitarne, Polska nie jest przyjazna imigrantom - replikował Kajetan Wróblewski z fundacji Proksenos, która pomaga imigrantom.
Dużym problemem dla imigrantów jest konieczność ciągłych powrotów do swojego kraju, żeby przedłużyć wizę. Wróblewski: - Jeden chory na białaczkę imigrant musiał przerwać chemioterapię i pojechać do konsulatu do Odessy po wizę. Tam zmarł. Osobiście woziłem ludzi karetką do konsulatu we Lwowie.
- Liczba nielegalnych imigrantów jest większa niż pół miliona - mówił dalej Wróblewski. - Wyobraźmy sobie miasto jak Poznań czy Łódź zamieszkane przez ludzi, którzy według prawa nie istnieją. Mogą tylko czekać na abolicję. Dotychczasowe były przeprowadzone źle, m.in. dlatego, że stawiały zbyt wygórowane wymagania.
Skorzystało z nich 2,6 tys. osób. Tworzenie aktów prawnych dla tak małej grupy to marnotrawienie czasu.
Portugalia wprowadziła abolicję z łatwymi do spełnienia warunkami. Skorzystało 100 tys. imigrantów. Obywateli jest tam 10 mln. I nic się nie stało.
W Polsce imigranci boją się urzędów i nie wierzą urzędnikom. Złożenie wniosku o legalizację pobytu jest drogie. Kosztuje 340 zł od osoby. Imigranci odbierają to jako złośliwość. Warto obniżyć te koszty. Abolicja jest konieczna. Powinna trwać rok. Pomagać mają media, organizacje pozarządowe, kościoły - powiada Wróblewski.
Na razie nielegalni imigranci u nas pracują - bez ubezpieczenia. Latami nie posyłają dzieci do szkoły, padają ofiarą przestępstw i nadużyć. Jurij Tokar, konsul generalny Ukrainy: - Istnieją firmy prawnicze, które zajmują się "pomaganiem" w legalizacji pobytu. Ich usługi kosztują ok. 6 tys. zł.
Z Ukrainy przyjechało do Polski kilkaset tysięcy imigrantów. Henryk Wujec, doradca prezydenta ds. społecznych: - Współpraca z Ukrainą układa się dobrze, trudniej o wspólne ustalenia w UE. Abolicja jest możliwa - odbędzie się z poparciem prezydenta.
- Nową abolicję wprowadzimy razem z nową ustawą o cudzoziemcach. Abolicja polegałaby na zalegalizowaniu pobytu na jakiś czas - zazwyczaj chodzi o dwa lata - przy niezbyt wygórowanych wymaganiach. Potem cudzoziemcy będą mogli legalizować swój pobyt zgodnie z nową ustawą - tłumaczyła Ewa Piechota, rzeczniczka Urzędu ds. Cudzoziemców.
Cytrynowicz: - Ustawa ma być dla imigrantów bardziej przyjazna. Nie będą się musieli wykazywać meldunkiem czy tytułem prawnym do lokalu. O przedłużenie pobytu można się będzie starać do ostatniego dnia legalnego pobytu. Chcemy dać możliwość opuszczenia Polski osobom przebywających w Polsce nielegalnie bez konsekwencji otrzymania zakazu powrotu - jak obecnie, nawet przez pięć lat - do strefy Schengen.
W spotkaniu udział wzięła Ton Van Anh, wietnamska opozycjonistka, działaczka na rzecz praw człowieka, korespondentka Radia Wolna
Azja, której prezydent Bronisław Komorowski 1 lutego nadał polskie obywatelstwo. - Kluczowy jest problem uchodźców politycznych - powiedziała. - Rozmawiamy o tym, co się dzieje z imigrantami w Polsce, ale nie o tym, co się z nimi stanie, kiedy Polskę opuszczą. Po deportacji mogą czekać ich represje, a nawet śmierć. Polacy z własnej historii wiedzą, z jakimi problemami wiąże się wyjazd z totalitarnego kraju.
Teraz to Polska jest pierwszym przystankiem wolnego świata, w którym każdy uchodźca powinien dostać ochronę - mówiła Van Anh. - Tak się nie dzieje. Na tysiąc wniosków o status uchodźcy składanych ostatnio przez Wietnamczyków tylko dwa zostały rozpatrzone pozytywnie. W jednym z tych przypadków dopiero po sześciu latach! To jest nie do zaakceptowania.
Uchodźcy ani nie wracają do kraju, ani nie mogą wyjechać stąd za granicę. Nikt nie odważa się złożyć wniosku, bo to oznacza ujawnienie się i większe ryzyko deportacji. Jednocześnie polscy urzędnicy współpracują z wietnamską służbą bezpieczeństwa. Wobec tego kwestie ekonomiczne imigrantów są zupełnie drugorzędne.