Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Po kilkunastu dniach medialnej zawieruchy mongolska rodzina Batdavaa, która żyła w Krakowie od 10 lat i której groziła deportacja, otrzymała pobyt tolerowany. Przyjaciele otworzyli szampana, dziennikarze odnotowali sukces. W tym samym czasie prezydent Bronisław Komorowski uratował od deportacji wietnamską opozycjonistkę Ton Van Anh, przyznając jej w ekspresowym tempie polskie obywatelstwo. Takie wyrywkowe informacje pojawiające się w gazetach i programach telewizyjnych mogą sprawiać złudne wrażenie, że problemy imigrantów są na bieżąco rozwiązywane, że jest dobrze. Niestety, dobrze nie jest.
W Polsce żyje 200 tys., a może i pół miliona imigrantów bez papierów. Większość z nich to Ukraińcy, bliscy nam kulturowo, pracują tu latami. Trudno byłoby się ich pozbyć - bo to niańki naszych dzieci, opiekunowie starych rodziców, gosposie. To ci, co tanio remontują nam
domy. W przeciwieństwie do kilku spektakularnych wyjątków - imigrantów wyciągniętych przez dziennikarzy przed kamery - żyją cicho, jak najciszej, latami ze spuszczoną głową. Byle tylko być przezroczysty.
Przez brak papierów nie mają dostępu do opieki zdrowotnej. Do lekarza idą wtedy, gdy czują, że umierają. To nie tylko nieludzkie, to zwyczajnie nikomu się nie opłaca - od dawna wiadomo, że taniej zapobiegać, niż leczyć. Nie odkładają na emerytury, często nie posyłają dzieciaków do szkoły, są wyjątkowo łatwą ofiarą przestępców.
Zbierając materiały do reportaży, poznałam Denisa, nastolatka mówiącego po polsku bez akcentu. Chciałby zostać tłumaczem, ale od trzech lat siedzi w pokoju przed telewizorem, bo prawo do nauki dla "nielegalnych" to fikcja. Ojciec Denisa naprawia
samochody pod Warszawą. Robi to świetnie, więc wielu Polaków chętnie korzysta z jego usług. Ale gdy przychodzi do zapłaty, bywa, że słyszy: "Chcesz kasę? A straż graniczną powiadomić?".
Widziałam, jak wypisywano dziewięciomiesięcznego Nikitę w ciężkim stanie ze szpitala, bo jego rodzice nie mieli pieniędzy na opłacenie z góry leczenia, a "szpital to nie instytucja charytatywna". Rozmawiałam z dziewczyną - nazwijmy ją Swietłana - którą facet gwałcił, a potem śmiał się jej w twarz: "Idź sobie na policję, poskarż się, od razu cię deportują". I ona to znosiła. Z jej polskiej nielegalnej pensji żyje cała rodzina na ukraińskiej wsi.
Nasi imigranci przyjechali do Polski w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Są młodzi i silni, mają małe dzieci. Za parę lat te nieposyłane do szkoły dzieci dorosną. A ich starzy rodzice, którzy przepracowali u nas najlepsze lata życia na czarno, będą bez emerytury.
Nie ma się co łudzić, że wywieziemy "nielegalnych" na taczkach. Według brytyjskiego think tanku Institute for Public Policy Research deportacja pół miliona imigrantów z Wielkiej Brytanii trwałaby trzy dekady i kosztowałaby 11 tys. funtów od osoby. Nawet jeśli koszt deportacji z Polski jest nieco niższy, taki scenariusz możemy włożyć między bajki.
Dziś pomoc nielegalnym imigrantom polega na gaszeniu największych pożarów. Zbiórka w ostatniej chwili na operację dla umierającej na raka, reportaż w "Gazecie" z dołączonym numerem konta dla poparzonej. Kilku szaleńców z organizacji pozarządowych wzięło na barki cały ten problem i gaszą większość tych pożarów, wypełniając dokumenty, tłumacząc, ścigając się z czasem.
To nieefektywne, trzeba to zmienić. Przedstawiciele rządu powinni usiąść do stołu z działaczami organizacji pozarządowych, którzy od lat w praktyce zajmują się sprawą imigrantów, i wspólnie obmyślić spójną polską politykę imigracyjną! Bo dziś takiej nie mamy. I konkretne rozwiązania konkretnych problemów.
Wielkim nieporozumieniem jest to, że w publicznej debacie wciąż miesza się pojęcie "imigrant" i "uchodźca". Imigrantów jest może i pół miliona. Ale im nikt nie chce dawać prezentów, jedynie pozwolenie, aby pracowali legalnie i płacili podatki od tych zarobków. Status uchodźcy dostaje kilkadziesiąt osób rocznie (a ubiega się kilka tysięcy). Jest to bardzo specyficzna grupa: ludzie nie migrujący za pracą, ale uciekający z ojczyzny ogarniętej wojną lub rządzonej przez opresyjny reżim. Ludzie po traumach i bez wyjścia. Oni potrzebują szczególnej opieki - materialnej, medycznej i psychologicznej. I jeśli słowo "solidarność" coś jeszcze w Polsce znaczy, to chyba powinniśmy czuć się zobowiązani im tej pomocy udzielić.
Kilka dni temu rozmawiałam z Czeczenem, który ubiega się o status uchodźcy. Na wojnie stracił nogę i ma zdiagnozowany przez specjalistów syndrom stresu pourazowego, co objawia się m.in. głęboką depresją, bezsennością i myślami samobójczymi. Procedura trwa, ale pieniędzy od kilku miesięcy już nie dostaje (limit czasu). Nie ma pozwolenia na pracę. Ponieważ od czasu do czasu bywa głodny, pracuje nielegalnie (bez względu na papiery i pozwolenia). Odśnieża dachy za 30 zł za dzień. O kulach, bo na protezę nie ma.
Żeby porozmawiać o naszych nielegalnych imigrantach, spotykamy się dziś o godz. 18 w siedzibie "Gazety" przy ul. Czerskiej 8/10. W panelu udział wezmą: Tomasz Cytrynowicz i Ewa Piechota z Urzędu ds. Cudzoziemców, konsul generalny Ukrainy Jurij Tokar, Kajetan Wróblewski z Fundacji Proksenos i Ton Van Anh, korespondentka
radia Wolna
Azja. Spotkanie poprowadzi Marcin Wojciechowski ("Gazeta Wyborcza").
Mamy ambicję coś zmienić.