Kontynuuję dziś w pewnym sensie wątek ulepszeń listy lektur szkolnych, otóż mam następną propozycję, tym razem jako pomoc do nauki historii najnowszej Polski. To spektakularny i bezcenny dokument, który pomoże młodzieży nie zapomnieć, albo też się raczej dowiedzieć, jak to jeszcze całkiem niedawno w polskiej kulturze i polityce wyglądało. Książka, a raczej księga ta doskonale nadaje się też do szpanowania, jest bowiem tak wielka, że można ją nosić pod pachą jak kiedyś rzadkie płyty winylowe, do tego ma jaskrawą, choć dość paskudną okładkę. No i tytuł: "Artyści, wariaci, anarchiści", bardzo dobry do lansowania się wśród ziomali i lasek, czyż nie? A że to gigantyczne tomiszcze (400 stron z niepoliczalną ilością archiwalnych bezcennych zdjęć) wydało Narodowe Centrum Kultury, to podkładka pod wpis na ministerialną listę lektur jest co najmniej mocna.
Okładka okładką, tytuł tytułem, jak wiadomo, raczej nie zawsze świadczą one o jakości dzieła, tutaj kluczowy jest podtytuł tego imponującego wydawnictwa: "Opowieść o gdańskiej alternatywie lat 80." mianowicie, tytuł, który natychmiast mnie zelektryzował, gdy ręce ugięły mi się pod tą cegłą. A napisało ją trzech konkretnie odjechanych facetów, posiadających jednak o tamtych czasach i wydarzeniach nieprawdopodobną wiedzę i szczegółową pamięć całego stada słoni. Nazywają się oni Krzysztof Skiba, Jarosław Janiszewski i Paweł "Konjo" Konnak, znane nazwiska, czyż nie? Ja oczywiście wiem, że to są wybitni jajcarze, że to nie są faceci, których można by poważnie traktować, że to nie są goście, na których można patrzeć w telewizji bez bólu gałek i szkliwa, ale to są zasłużeni kombatanci, którzy owe legendarne trójmiejskie buntownicze lata 80. tworzyli. Nie w stoczni oczywiście, ale robiąc akcje Totartu, Wolności i Pokoju, Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego i tworząc muzykę tamtych czasów. A jaka to była muzyka! Gdańska scena alternatywna lat 80. to legenda nie tylko dziś, to była legenda w trakcie swojej burzliwej aktywności, a osobiście podejrzewam, że stała się legendą, zanim powstała, takie legendy są największe.
Czas przejść jednak do referatowej części felietonu, czyli bryka o tej fascynującej książce.
Dzieło dzieli się na trzy części, a każda opowiada o innym typie aktywności ówczesnej trójmiejskiej młodzieży. Część pierwsza traktuje o dziejach Totartu, grupy, nazwijmy ją z pewną dezynwolturą, artystycznej. Na proste choć fundamentalne pytanie: "A właściwie to o co w tym wszystkich chodziło?", nie znajduję dziś jednak przekonującej odpowiedzi. Był to bowiem ciąg absurdalnych akcji performerskich prowadzonych przez klinicznie zwichrowanych ludzi, którym nijak nie podobała się oficjalna kultura panująca w tamtych czasach, a także oficjalna pogoda tamtych lat. Preferowali raczej wesołość i błazenadę, władza jednak podchodziła do rzeczywistości w sposób radykalnie poważny, nie mogło się więc władzy to wariactwo podobać. Władza, ale i też opozycja, poważne podejście do rzeczywistości było wówczas obligatoryjne po obu stronach, oni jednak wybrali trzecią drogę, tę, która stworzyła przecież całą polską scenę punkową lat 80., cały ruch fanzinów, całe myślenie o tym, że władzę i rzeczywistość można zignorować i stworzyć własną przestrzeń wolności. Tacy ludzie jak Konjo i Skiba właśnie, jak Lopez Mauzere i Paulus Mazur, jak Dariusz "Brzóska" Brzóskiewicz wykonywali zupełnie odczapowskie akcje, których ze względu na brak miejsca w zwykłym felietonie, a także ze względu na moją wrodzoną autocenzurę obyczajową, przytoczyć nie jestem w stanie. Spośród przypomnianych w książce setek haseł, które zamieszczali na plakatach i transparentach, jedno tylko pozwalam sobie podać, brzmi ono: "Miłość niszczy osobowość", warte poważnego przemyślenia, trzeba przyznać. Wspaniałe też mieli metody promocji swoich, nazwijmy to eufemistycznie, wieczorków autorskich. Usiłując zachęcić do przyjścia na ich występy, rozlepili w akademiku zamieszkanym przez patriotycznych studentów plakaty zapraszające na spotkanie z Leszkiem Moczulskim, szefem KPN, a w akademiku zdominowanym przez studentów filologii klasycznej plakat promujący spotkanie z prof. Aleksandrem Krawczukiem, frekwencja na występie Totartu owszem więc, była, ale aplauzu już nie. Czyta się to właściwie jak powieść, bo styl Konja jest dość powieściowy, referatem tego nazwać nie można, choć zrozumiem, jeśli ktoś od tej mało naukowej narracji, ze względu na specyficzną manierę autora, odpadnie.
Część druga napisana przez Jarosława Janiszewskiego, wokalistę pamiętnej Bielizny, to wspaniałe kompendium wiedzy o muzyce trójmiejskiej sceny. O ile w życiu nie widziałem na żywca chyba żadnej akcji Totartu i jakoś jestem w stanie z tym żyć, to tamtą muzykę mam rozklepaną dość konkretnie. Miałem to prawie wszystko na kasetach firmy Stilon Gorzów, takie zespoły jak Dzieci Kapitana Klossa, Bóm Wakacje w Rzymie, Pancerne Rowery, i wszystko mi się podobało, kosa czasu jednak wycięła te zbiory, pozostał You Tube. Olaf Deriglasoff czy Tymon Tymański to przecież ludzie, którzy tam zaczynali, a dziś ciągle grają, i to jak grają! Tymon według moich nieprecyzyjnych obliczeń musiał już chyba przewinąć się przez setkę projektów, facet ma takie artystyczne ADHD, że trudno nadążyć ze słuchaniem płyt, które co chwila wydaje, Olaf po Dzieciach Kapitana Klossa przewinął się przez Homo Twist, Püdelsów, Aptekę, a raptem tydzień temu wydał płytę swojego zespołu Deriglasoff pt. "Noże" i daje czadu nieziemskiego, byłem przedwczoraj na koncercie, wiem, co mówię. Jakby tych ludzi nie było, to polska muzyka wyglądałaby inaczej niż dzisiaj, najlepiej byłoby ich sklonować, żeby polska muzyka wyglądała jeszcze inaczej niż obecnie.
Trzecia część to opisana przez Skibę historia trójmiejskich pacyfistów i anarchistów oraz akcji, które wyczyniali, pokojowych demonstracji
WiP-u i zadym organizowanych przez anarchistów, łza się w oku kręci, całe szczęście dziś już nie od gazu łzawiącego, lecz jedynie od wspomnień.
Nie trzeba lubić wygłupów Totartu ani tamtej muzyki, można nawet potępiać bojowe akcje gdańskich anarchistów, ale nie można zaprzeczyć, że ten trójmiejski ferment był potrzebny, co tam potrzebny, on był konieczny! Ten ożywczy wiatr przewietrzył nam w latach 80. zamulone głowy. Jako dyplomowany polonista po belfersku powiem: niechaj dzisiejsza młodzież czyta, co wyprawiali młodzi ćwierć wieku temu, co to znaczy bunt i twórcza wolność, ta wiedza przecież może się jeszcze przydać.
Źródło: Duży Format