Belgowie wyrównali wczoraj iracki rekord długości rozmów powyborczych o sformowaniu nowego rządu. Wygląda na to, że belgijski wynik pozostanie na długo nieosiągalny dla innych krajów, bo zanosi się na to, że negocjacje potrwają jeszcze długie tygodnie, a nawet miesiące. - Mamy moralny obowiązek być optymistami - pocieszał wczoraj Kris Peeters, szef rządu autonomicznej Flandrii.
Belgowie potraktowali swój rekord z humorem. Po studenckich dzielnicach w Leuven (
uniwersytet flandryjski) oraz w Louvain-la-Neuve (uczelnia frankofońska) chodziły tysiące studentów z frytkami w papierowych rożkach, które uchodzą za narodową potrawę i wynalazek Belgów. We flamandzkiej Gandawie 249 studentów szykowało się do ulicznego striptizu, który zapowiedzieli na późny wieczór. Obiecywali, że i w trzechsetny dzień kryzysu znajdzie się bez trudu trzystu chętnych do protestacyjnego zrzucenia ubrań w historycznym centrum miasta.
Belgijskie partie spierają się m.in. o pogłębienie autonomii niderlandzkojęzycznej Flandrii (ok. 60 proc. Belgów) oraz Brukseli i frankofońskiej Walonii, co - czego boją się frankofoni - zmniejszy przepływy budżetowe z bogatszej Północy. Rząd Belgii musi reprezentować obie grupy językowe, co tym razem jest bardzo trudne także ze względów ideologicznych - w Walonii w ostatnich wyborach zwyciężyli bowiem socjaliści, a we Flandrii - mocno wolnorynkowa prawica. Obecnie Belgią rządzi - pochodzący sprzed wyborów - gabinet Yves'a Leterme'a. Choć formalnie ma prawo tylko zarządzać bieżącymi sprawami, to za namową króla Alberta II przeprowadził ostatnio ostre cięcia budżetowe, na które nie stać wielu innych "normalnych" rządów Europy.
Belgijscy publicyści coraz częściej prognozują, że kryzys mogą zakończyć tylko przedterminowe wybory, które miałyby odbyć się w czerwcu 2011 r.