Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Nie ma ani podpisanych deklaracji współpracy, ani teczek personalnych, ale Graczyk w niewydanej jeszcze książce oskarża trzech legendarnych redaktorów "Tygodnika" o współpracę z
SB. Chodzi o Marka Skwarnickiego (wieloletniego redaktora "TP", przyjaciela
Karola Wojtyły, poetę, członka papieskiej rady ds. świeckich), Stefana Wilkanowicza (obecnego prezesa Fundacji Kultury Chrześcijańskiej "Znak", b. prezesa krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej, wiceprzewodniczącego Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej) oraz nieżyjącego już Mieczysława Pszona (przez lata zastępcę redaktora naczelnego pisma Jerzego Turowicza, ideową podporę "TP", znanego eksperta stosunków polsko-niemieckich, architekta porozumień z Niemcami w 1989 r.). Jest też o Halinie Bortnowskiej, b. sekretarz redakcji miesięcznika Znak, która rozmowy o wydaniu paszportu przerwała jeszcze przed stanem wojennym.
Skwarnicki i Wilkanowicz napisali oświadczenia. Skwarnicki jest zdumiony, że SB miała nadać mu jakiś pseudonim, i przypomina, że ponad sto podróży z Krakowa do Rzymu, jakie odbył w czasie PRL-u, musiało być okupionych tzw. rozmowami paszportowymi z SB. Podkreśla też stanowczą odmowę donoszenia na
papieża i watykańskich dostojników, na co są w
IPN dokumenty. Wilkanowicz oświadcza zaś: "Nie byłem współpracownikiem SB". Zapowiada, że skomentuje książkę po jej premierze 23 lutego.
Graczyk opisuje ich jako TW "Seneka" i TW "Trybun", ale przyznaje, że w archiwach IPN nie zachowały się żadne dowody na podpisanie przez nich deklaracji TW, a oni sami byli przez wiele lat mocno inwigilowani przez SB.
Zmarły w 1995 r. Pszon nie może się już bronić. Atak na Pszona szczególnie oburza Krzysztofa Kozłowskiego, byłego redaktora "TP", szefa MSW i
UOP w czasach rządu Mazowieckiego: - Pszon to był człowiek, który w czasie wojny siedział pół roku w celi śmierci, cudem uniknął egzekucji. Haniebne jest opisywanie go jako człowieka, który w ciągu kilkudziesięciu lat inwigilacji przez SB sprzedał się rzekomo za kilka butelek jugosłowiańskiego wina Istria! A takie właśnie "rewelacje" wynikają z książki Graczyka - mówi Kozłowski.
Graczyk to b. dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i "Gazety". Długo miał sceptyczną postawę wobec lustracji, ale w ostatnich latach mocno się zradykalizował, znalazł zatrudnienie w IPN. Tu prowadził drobiazgowe śledztwa o esbeckich intrygach w środowisku "Tygodnika". Na podstawie lektur teczek SB powstała m.in. "Tropem SB. Jak czytać teczki" (2007), której lwia część dotyczyła spisanych przez SB obszernych donosów wieloletniej korektorki "TP" Sabiny Kaczmarskiej.
Do opisania, co jest w teczkach SB w kontekście "Tygodnika", zachęcił Graczyka sam jego naczelny ks. Adam Boniecki. Projekt książki zaakceptowało wydawnictwo Znak, a redakcja "TP" zadeklarowała pomoc. - Chodziło o konfrontację esbeckich materiałów z pamiętanym przez starszych kolegów kontekstem tworzenia opozycyjnego pisma w czasach PRL - słyszymy w zespole "TP". Potem okazało się, że Graczyk korzysta głównie z archiwów SB, z których - z racji ich przetrzebienia i wielu niejasności - wysnuwa daleko idące wnioski. A w mediach zapowiadał rewelacje i demaskowanie agentów.
Znak odmówił wydania książki. - Roman Graczyk chciał w niej na siłę udowodnić, że "Tygodnik" był częścią systemu komunistycznego, a przecież tak nie było. Historia zmagania się pisma z aparatem bezpieczeństwa PRL doskonale tego dowodzi. Wydanie tej książki w Znaku oznaczałoby, że akceptujemy tę fałszywą wizję historii - wyjaśnia Henryk Woźniakowski, prezes SIW Znak, który w druzgocącej wewnątrzwydawniczej recenzji tłumaczył powody odmowy. Teraz książkę wyda oficyna Czerwone i Czarne (należy m.in. do b. szefa "Dziennika" Roberta Krasowskiego).
- Jeszcze nie czytałem - ucina rozmowę o "Cenie przetrwania" Piotr Mucharski, nowy redaktor naczelny "Tygodnika".
- Moja książka powstała nie tylko na podstawie materiałów SB. Przykry obraz uwikłania "TP" w system komunistyczny kreślę również dzięki materiałom z archiwum KIK-u, z Archiwum Państwowego w Krakowie i z Archiwum Jerzego Turowicza, a przede wszystkim w opierając się na tekstach zamieszczanych w tamtych latach na łamach "Tygodnika". Każdy, kto był zarejestrowany jako TW, miał prowadzoną teczkę pracy, po kilkunastu latach spotkań to dossier z pewnością było bardzo obszerne, ale my dziś dysponujemy tylko niewielką jego częścią (odpisami bądź streszczeniami w innych dokumentach), bo teczki pracy zostały zniszczone. To jest - jak by powiedział socjolog - próba niereprezentatywna, dlatego możemy postawić tylko słabe hipotezy. Jednak pewne fakty są pewne: kilkunastoletni okres, kiedy te osoby (Skwarnicki, Wilkanowicz i Pszon) są zarejestrowane, mają pseudonimy i numery rejestracyjne, spotykają się regularnie z wysokimi oficerami krakowskiego Wydziału IV SB. To za dużo, żeby dało się powiedzieć, że nie ma sprawy, jak chce Kozłowski - mówi "Gazecie" Graczyk.
Kozłowski: - Archiwa KIK-u i Turowicza są znane, zbadane i nie ma w nich nic odkrywczego. Rzekome uwikłanie w system PRL-u oznacza dla Graczyka chyba tyle, że wszyscyśmy w tym czasie w PRL-u żyli.
I dodaje: - Graczyk jest tu bardziej IPN-owski niż sam IPN. Jeżeli uważa, że w archiwach nie ma teczki pracy zarejestrowanego w jakiś sposób TW, to na pewno oznacza, że ta teczka była. Otóż bywało, że taka teczka wcale nie istniała. Graczyk pisze w książce, że wiele jego hipotez jest słabych, ale można z nich wysnuć dowolne wnioski. Tymczasem na podstawie słabych hipotez historykowi nie wolno stawiać żadnych wniosków. Jest to wbrew zasadom, nawet tym obowiązującym w IPN-ie. Z punktu widzenia historyka jest to więc amatorszczyzna. Tak można uprawiać zaangażowaną publicystykę, ale nie wolno tworzyć historii.