Wydając taki wyrok, sędzia Krzysztof Dąbkiewicz "przebił" wniosek policji, która żądała dla redemptorysty tylko 1 tys. zł grzywny (maksymalnie groziło mu 5 tys. zł).
- Stała się rzecz niebywała. Patrząc na dotychczasową praktykę, można było odnieść wrażenie, że ojciec Rydzyk jest w Polsce nietykalny - nawiązywał po wyjściu z sali rozpraw do wcześniejszych, umorzonych śledztw dotyczących duchownego Rafał Maszkowski, obserwator Radia Maryja z Piaseczna.
To on zainicjował postępowanie, które w piątek zakończyło się wyrokiem dla szefa toruńskiej rozgłośni. Na początku zeszłego roku zawiadomił policję, że przez sześć miesięcy 2009 r. prowadziła ona publiczną zbiórkę pieniędzy bez zgody Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Regularnie nadawała bowiem apele o wpłacenie datków na Telewizję Trwam, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej oraz odwierty geotermalne prowadzone w Toruniu przez założoną przez o. Rydzyka fundację Lux Veritatis. Maszkowski nagrał je i przekazał policji, a zeznając w sądzie - jako jedyny świadek w tej sprawie - nie krył krytycznego stosunku do działań stacji redemptorysty. I m.in. na tym budował linię obrony szefa Radia Maryja jego warszawski adwokat Waldemar Kosiński. - Fundację sprawdzały
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, Ministerstwo Kultury, prokuratura, Urząd Kontroli Skarbowej i nie dostrzegły nieprawidłowości - grzmiał. Wytykał Maszkowskiemu, że składając zawiadomienie, kierował się niskimi pobudkami. - Nietolerancja kreuje dewiantów - mówił.
Mecenas przekonywał, że nadawanych przez
Radio Maryja apeli nie można traktować jako publiczną zbiórkę, bo m.in. nie podawano w nich numeru konta fundacji. - Były to jedynie komunikaty o formach jej aktywności - tłumaczył.
Ale nic nie wskórał. - Trudno je tak traktować, bo potrafiły ukazywać się dwa-trzy razy dziennie - replikował sędzia Dąbkiewicz. - Były one ewidentnym wezwaniem do składania ofiar na wskazane w nich cele i jednocześnie potwierdzały gotowość przyjmowania pieniędzy. A ponad wszelką wątpliwość fundacja Lux Veritatis zgody ministerstwa na to nie miała. A mieć powinna.
- W swojej obszernej analizie sędzia zapomniał tylko wskazać dowody, na których oparł swoje orzeczenie. Na pewno będzie apelacja - skomentował mecenas Kosiński.