http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ale o czym tu gadać z księdzem?

Dorota Wodecka
2011-02-08, ostatnia aktualizacja 2011-02-09 15:18

Coraz mniej Polaków przyjmuje kolędę. Ksiądz z ministrantem chodzi po kolędzie na jednym z osiedli w Szczecinie
Coraz mniej Polaków przyjmuje kolędę. Ksiądz z ministrantem chodzi po kolędzie na jednym z osiedli w Szczecinie
Fot. Dariusz Gorajski / Agencja Gazeta

Nie chciałem zawstydzić dziecka. Schowałem się przed księdzem w drugim pokoju

ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Czy przyjmujesz księdza po kolędzie?

Tak
Nie, czuję takiej potrzeby
Nie, nie jestem katolikiem/katoliczką

Kolędowałam po Wrocławiu, pytając ludzi, dlaczego nie przyjmują księdza.

W niektórych parafiach połowa wrocławian odmawia kolędy.

Kiedy Dorota (36 lat, nauczycielka, dwie córki, "niesakramentalny" mąż) przyjmowała księdza z kolędą, było jej wstyd. Raz, że zapraszała go wbrew sobie, dwa, że kłamała w sprawie wody w salaterce, którą stawiała na stole obok krzyża. Bała się przyznać, że to kranówa.

Potem kilkanaście minut męki, ksiądz pytał o pracę, życie, do którego przedszkola chodzą dzieci, dlaczego nie ma w domu męża...? Kiedy sprzątała ze stołu, znowu miała problem. Czy kranówę, którą ksiądz poświęcił, można wylać do zlewu?

Wie, że to idiotyczne, ale pamięta, jak babcia leczyła wodą święconą gardło, więc z szacunku dla wiary babci (no dobra, z jakiegoś niepokoju, że wyzbywa się sacrum też) wypijała pokropioną wodę albo podlewała nią kwiaty. Tak co roku. Bo właścicielka wynajmowanego mieszkania chciała, by ksiądz malował na drzwiach C + M + B. Tak jak u sąsiadów.

Odkąd przeprowadzili się do własnego mieszkania na Osiedlu Kosmonautów, księdza nie przyjmują. Już czwarty rok. Dorota nie chce się tłumaczyć, dlaczego nie ma kościelnego ślubu (ale za to wspólny kredyt z mężem).

- Dość mam pytań obcego człowieka o moje prywatne sprawy. W dziesięć minut mam mu opowiedzieć o swoim życiu, nie wiedząc niczego o nim. Może gdyby ksiądz przyszedł naprawdę się czegoś dowiedzieć, a nie tylko odfajkować w statystykach, tobym z nim pogadała. Ale z drugiej strony o czym? - zastanawia się Dorota. Jest wierząca. Na niedzielne msze chodzi w kratkę, co najmniej raz w miesiącu. Dzieci modlą się co wieczór do Bozi. O zdrowie dla rodziny i żeby mama zgodziła się kupić psa.

Żeby się nie kłócić o Radio Maryja?

- No właśnie! O czym tu gadać z księdzem? - zastanawia się Monika z tej samej parafii (40 lat, księgowa, jeden rozwód, jeden kochanek, dwóch nastoletnich synów). - Co mógłby mi powiedzieć, skoro nie ma pojęcia o codziennym życiu kobiety, która ma dzieci i pracuje?

Od pięciu lat w czasie zapowiedzianej kolędy Monika idzie z synami na zakupy albo do dziadków. Czasem u nich trafi na księdza. - Nie podoba mi się pośpiech. Mechaniczna modlitwa. Wizytacja, czy to dom, czy melina - mówi Monika. Jest wierząca, ale kolęda nie jest wyznaniem wiary, więc nie ma skrupułów. I straciła "resztki zaufania" do instytucji Kościoła. Przez sprawę krzyża na Krakowskim Przedmieściu. - Dlaczego Kościół nie wypowiedział się od razu, a potem pozwolił na zabranie go? Jeden Kościół, jeden katechizm, jedne wartości i nagle różnie mówią? To komu ja mam ufać? - denerwuje się Monika. - W stanie wojennym hierarchowie mówili głośno, co myślą, a nie migali się od odpowiedzi, kiedy im to było na rękę!

Więc księdza nie przyjmuje, by mu nie wygarnąć. I nie pokłócić się o Radio Maryja.

- Ja nie słucham, ale ludzie go słuchają, widocznie jest im potrzebne! I nie może ojciec Wiśniewski mówić, że trzeba je zamknąć. To, co mówią hierarchowie kościelni w twojej "Gazecie Wyborczej", nie przystaje do zasad, jakie powinny rządzić Kościołem. On nie powinien być postępowy - mówi Monika, ale przyznaje, że do Kościoła nie pasuje. - Jak każda rozwódka, która chce sobie ułożyć życie. Szczęśliwie Kościół to nie wiara. W Boga wierzę, ale z instytucją nie chcę mieć nic wspólnego.

Jagoda (29 lat, doradca bankowy, mąż, córka) też ma awersję do instytucji.

- Ten ich sztafaż i sztuczny ceremoniał, nieznośne poczucie wyższości wobec społeczeństwa! Nie podoba mi się wykreowana sytuacja, że oto kapłan przychodzi do ludu. Ze śpiewem na ustach, w ośnieżonych butach, z których ścieka woda. I od drzwi pyta. A ludzie jak na spowiedzi opowiadają, gdzie pracują, ile zarabiają, co robią ich dzieci, sąsiedzi. Mówią, mimo że on ich nawet nie zna z widzenia!

Trzy lata temu wyprowadziłam się od mamy i powiedziałam: żadnej kolędy. - To sztucznie nadmuchana tradycja, żeby wziąć kopertę - piekli się Jagoda. Gdyby księdza znała, ceniła za teologiczną wiedzę i umiejętność rozmowy z drugim człowiekiem, to może by przyjęła. Obcego gościa na dziesięć minut nie przyjmie. - Czy do mnie do domu przychodzi poseł na przykład? Po co zresztą miałby przychodzić?

Bo nie żyją w związkach sakramentalnych

W styczniu Instytut Statystyki Kościoła (ISK) na podstawie danych z diecezji bydgoskiej, radomskiej i warszawskiej opublikował raport na temat kolędy 2010 roku. W archidiecezji warszawskiej przyjmuje ją trzy czwarte badanych. Tymczasem w nielicznych raportach publikowanych na stronach polskich parafii liczba parafian przyjmujących księdza jest znacznie niższa. We Wrocławiu w parafii pod wezwaniem św. Ducha to prawie połowa z 13 tys. 700 parafian. W Łodzi w parafii MB Bolesnej z ponad dziewięciu tysięcy parafian czterdzieści procent odmówiło kolędy. Pięć procent więcej niż rok wcześniej.

Pytałam też księdza, dlaczego go nie przyjmują.

- Wyrośliśmy z przekonania, że każde mieszkanie jest otwarte, a ludzie witają nas słowami: jak dobrze, że ksiądz przyszedł - mówi łódzki zakonnik z parafii MB Bolesnej. (Nie chce podać nazwiska do gazety). Wyjaśnia, że duża liczba nieprzyjmujących kolędy wiąże się z wymieraniem starych ludzi. - Oni zawsze zapraszają. A młodzi, którzy najczęściej wynajmują mieszkania, są w parafiach tymczasowo. I nie żyją w związkach sakramentalnych. Naturalne, że boją się konfrontacji z księdzem, bo przecież my ich o ten związek zapytamy. Wstydzą się, że nie uregulowali swoich spraw przed Bogiem, i z tego wstydu nie otwierają drzwi - uważa zakonnik.

- Kto by chciał, żeby mu odbierać spokój? - dodaje ks. dr Piotr Matysek, szef wydziału katechetycznego opolskiej kurii. - Nie otwierają, by im ksiądz nie marudził, że żyją w konkubinatach. Wydaje im się, że mają problem z Kościołem, a tymczasem mają problem ze sobą. Kapłan jest od tego, by ich napomnieć .

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 282 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    141 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':