http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Te ściany są zimne i inne opowiadania, Capote, Truman

Jerzy Jarniewicz
2011-02-08, ostatnia aktualizacja 2011-02-07 18:56

Capote uważał, że "opowiadanie można zniszczyć przez błędny rytm zdania, zwłaszcza jeśli pojawi się na końcu, albo przez błąd w budowie akapitów, a nawet w interpunkcji". Sam był mistrzem tego trudnego gatunku

Truman Capote w swoim nowojorskim mieszkaniu, 1976 r.
Fot. AP
Truman Capote w swoim nowojorskim mieszkaniu, 1976 r.


''Te ściany są zimne i inne opowiadania'' Truman Capote, przeł. Zbigniew Batko, Świat Książki, Warszawa

Tom opowiadań zebranych Trumana Capote'a to doskonała okazja, by przyjrzeć się nie tylko twórczości tego pisarza, ale też by zapytać o los gatunku, który uprawiał z upodobaniem. Zwłaszcza że dostaliśmy właśnie nowe tomy równie ciekawych opowiadań innych anglojęzycznych mistrzów w tej dziedzinie, Raymonda Carvera i Alice Munro.

Do tego pytania skłonił mnie autor przedmowy do książki Capote'a, który zauważa, że pisarz tworzył z upływem lat coraz mniej opowiadań. Dorzuca jednak dający do myślenia komentarz: "Życie staje się z czasem zbyt skomplikowane, aby można to było oddać w obrębie tak krótkiej formy". Zdanie to zakłada, że opowiadanie, jako krótka forma, jest czymś wyraźnie lichszym niż, powiedzmy, opasła powieść i musi skapitulować wobec bardziej złożonych doświadczeń, jakich nie szczędzi nam współczesność.

Takie wcale nieodosobnione przekonanie stoi za pogardliwym spojrzeniem na ten gatunek, które każe nam dostrzegać w nim formę odpowiednią tylko dla prozatorskich czeladników albo pozwalającą na chwilę wytchnienia między kolejnymi powieściami. Idąc tym tropem, wielu wydawców niechętnym okiem patrzy na tomy opowiadań jak na literaturę próbną lub pisarstwo drugiej kategorii.

Krótka forma trafia celniej

A przecież między długością dzieła a jego rangą nie ma prostej zależności. Przeciwnie, opowiadanie jako forma zwarta, bliższa poezji i dramatowi, może mieć większą siłę rażenia - gdyż działa nie przez gromadzenie przypadków, ale przez ich dobór.

Od autorów opowiadań oczekuje się czasami, że przedstawione w nich zdarzenia i postaci zostaną tak dobrane, by poprzez swoją reprezentatywność dawały skondensowany obraz świata i ujmowały w jednostkowym szczególe treść uniwersalną. Ale na szczęście opowiadanie wcale nie musi aspirować do oddawania pełni złożonego doświadczenia. Wystarczy przeczytać opowiadania Capote'a, by się przekonać, że złożoność współczesnego życia trafniej, bo wiarygodniej, może oddać krótka forma niż opasła powieść próbująca ze zbieranych mozolnie okruchów życia stworzyć iluzyjny obraz jego całości. Opowiadanie samą formą przypomina bowiem, że życie jest w swojej złożoności nieuchwytne, a rzeczywistość - nieobjęta. Żadna powieść, choćby najbardziej opasła, nie odda wszystkiego, a jeśli jej autor twierdzi inaczej, traci wiarygodność.

Opowiadanie uzmysławia czytelnikom, że dostępne są nam chwile, a nie czas; miejsca, a nie przestrzeń; człowiek, a nie ludzkość. Przypomina, że obraz świata jest zawsze fragmentaryczny, punktowy i ograniczony. Jeśli Capote pisał z biegiem lat mniej opowiadań, to nie dlatego, że zawiodła go ta forma. Winę ponosi raczej samobójczy tryb życia tego pisarza celebryty.

Patron Proust

Lektura "Tych ścian..." nie pozostawia wątpliwości - Capote to mistrz opowiadania. I choć napisał trzy powieści - "Inne głosy, inne ściany", "Harfa traw" i "Śniadanie u Tiffany'ego" - ta trzecia jest tak naprawdę rozbudowanym opowiadaniem, a jego najsłynniejsze dzieło, "Z zimną krwią", jako nowa forma prozy dokumentalnej ma z powieścią związek luźny. Co ciekawe, przez niemal 20 ostatnich lat życia Capote pracował nad olbrzymią epicką powieścią obrazującą życie amerykańskich elit, której patronować miał Marcel Proust. Powieść "Wysłuchane modlitwy" pozostała nieukończona i w takiej niedokończonej postaci wydano ją dopiero po śmierci pisarza. Za jego życia jednak ukazały się w czasopismach nieliczne fragmenty tego dzieła, czasami jako samodzielne opowiadania, wśród nich "Mojave", którego przekład znajduje się w wydanym właśnie tomie.

Można by więc przewrotnie powiedzieć, że jeśli któraś z form literackich, którymi zajmował Capote, nie zdała egzaminu wobec złożoności życia, to raczej wielka powieść, oparta na XIX-wiecznych i modernistycznych wzorcach niż oparte na poetyce fragmentu opowiadanie.

Gatunek narodowy

Gdyby ktoś nadal szukał mocnego dowodu, że opowiadanie nigdy nie było biedniejszym kuzynem powieści, znajdzie go na pewno w historii literatury amerykańskiej. Amerykanie mogą pochwalić się znakomitymi prozaikami, takimi jak Carver, którzy do historii przeszli wyłącznie jako twórcy opowiadań. To za opowiadania ceniony jest Edgar Allan Poe, uznawany czasami za twórcę współczesnej formy tego gatunku, a na pewno jeden z jego pierwszych kodyfikatorów. Bez lekcji w szkole opowiadania, jaką dał Sherwood Anderson w dawno w Polsce niewznawianym tomie "Miasteczko Winesburg", trudno sobie wyobrazić prozę Faulknera czy Hemingwaya. Są tacy, którzy twierdzą, że ci wielcy pisarze właśnie w opowiadaniach osiągnęli wyżyny.

Capote miał więc za sobą wspaniałą tradycję, kiedy jeszcze jako nastolatek postawił na krótką formę prozatorską. Opowiadanie stało się bowiem narodowym gatunkiem literatury amerykańskiej. Na tę szczególną popularność opowiadania w Ameryce wpłynęła wysokonakładowa prasa - opowiadania były pisane z myślą o publikacji w czasopismach i chętnie w nich drukowane, zdobywając szerokie zainteresowanie. I nie musiały to być pisma literackie.

Szkoła "New Yorkera"

Opowiadania z tomu Capote'a miały swoje pierwodruki na łamach tak niespodziewanych jak "Mademoiselle" czy "Ladies' Home Journal", czyli "Dziennik domowy dla pań". Złote lata drukowanych w pismach opowiadań mamy już pewnie za sobą, ale tę tradycyjną więź prasy z krótką formą prozatorską podtrzymuje do dzisiaj kilka zasłużonych pism amerykańskich. Magazynem, na którego łamach ukazują się najsłynniejsze bodaj opowiadania, jest "New Yorker" - tu pisała plejada amerykańskich twórców, od Nabokowa, Salingera i Philipa Rotha po Johna Cheevera i Johna Updike'a, tu wykształcił się rozpoznawalny i naśladowany "newyorkerowski" styl opowiadania. Ranga pisma i wielkie nazwiska współpracujących z nim autorów utwierdziły silną pozycję opowiadania w tradycji amerykańskiej, nieporównywalną z miejscem, jakie ten gatunek zajmuje w wielu innych kulturach, w tym - mimo wspaniałych na tym polu dokonań (od Iwaszkiewicza, przez Kornela Filipowicza, na Stasiuku kończąc) - polskiej. Od opowiadań nie stronią najlepsi amerykańscy pisarze, których zadaniem i ambicją jest przecież napisanie Wielkiej Amerykańskiej Powieści.

Powieść, czyli system norm, czyli Francja

Tradycja publikowania w czasopismach to tylko jeden z powodów popularności opowiadania w Ameryce. John McGahern, nieżyjący już pisarz irlandzki, skądinąd również autor świetnych opowiadań, uważał, że opowiadanie znajduje dla siebie najbardziej sprzyjające środowisko w kulturach, w których społeczność jest rozproszona i mało zintegrowana. Dlatego w krajach mniej spójnych społecznie, jak Irlandia i Stany Zjednoczone, powstaje tak wiele znakomitych opowiadań, w Anglii zaś czy we Francji dominuje powieść powiązana ze społecznym systemem norm i obyczajów. Teza McGaherna, jakkolwiek ryzykowna, warta jest namysłu, wiąże bowiem nie bez podstaw opowiadanie z klimatem indywidualizmu.

Oczy zepsutego podglądacza

A duch indywidualizmu z pewnością naznacza wszystkie opowiadania Capote'a. Ich rozległy krajobraz rozciąga się między rozgorączkowaną, na poły nierealną rzeczywistością Nowego Orleanu, w którym pisarz się urodził, a wyczerpanym, choć wyrafinowanym światem Nowego Jorku, w którym przez wiele lat mieszkał. Capote to żarłoczny podglądacz skrywanych stron ludzkiej natury, stąd też sytuacje narracyjne, które buduje w opowiadaniach, skupiają się wokół postaci zarysowanych zawsze z psychologiczną i obyczajową wnikliwością.

To nieodmiennie postacie barwne: ekscentrycy, odmieńcy, przestępcy czy szaleńcy, ludzie przetrąceni przez los lub niemieszczący się w swoich rolach. Większość opowiadań to historie ich przypadkowych spotkań i zderzeń, gdy czyjeś niespodziewane wejście na scenę - pojawienie się nowej osoby w miasteczku, krótka wizyta po latach, wspólna podróż pociągiem - doprowadza do radykalnego przemeblowania rzeczywistości, po którym nic już nie może być takie samo.

Capote nikogo nie gani ani nie strofuje; cała galeria postaci, jaką stworzył, fascynuje go nie dlatego, że ci indywidualiści żyją po swojemu i dla siebie, ale z tego powodu, że zostawiają światu nie zawsze mile widziany dar - naruszają jego porządek, wyrywając go choćby na chwilę z rozleniwiającej rutyny.

Nad wieloma opowiadaniami rozciąga Capote aurę niesamowitości wykreowaną przez swój niepowtarzalny, zmysłowy język, który potrafi jednym obrazem odebrać codziennym scenom ich złudną oczywistość i nasycić je niepokojącą urodą, choćby w tym opisie dnia, kiedy to "strzępy słonecznego światła unoszą się dokoła jak motyle". W budowaniu tego efektu ważny jest najdrobniejszy szczegół, bo, jak pisał Capote, "opowiadanie można zniszczyć przez błędny rytm zdania, zwłaszcza jeśli pojawi się na końcu, albo przez błąd w budowie akapitów, a nawet w interpunkcji". To starannie kreowane poczucie "niesamowitego" wynika także z powiązania obrazów niewinności z sugestią grozy lub perwersji. Głównie za sprawą dzieci, tych ulubionych bohaterów Capote'a, pozornie bezbronnych i uroczych, które ujawniają jakiś szaleńczy rys lub maniakalną determinację, jego świat przestaje być bezpieczny. Pisarz niemal nigdzie nie przekracza reguł prawdopodobieństwa, ale być może właśnie z tego powodu osiąga spotęgowany nastrój grozy, bliski niektórym opowiadaniom Poego, którego twórczością się fascynował.

Podczas lektury tych opowiadań na myśl przychodzi słynna fotografia pisarza, która zamieszczona na okładce jego debiutanckiej powieści wywołała kontrowersje nie mniejsze niż sama powieść podejmująca w pół-autobiograficznej konwencji temat homoseksualizmu. Zdjęcie autorstwa Harolda Halmy przedstawia rozłożonego na kanapie młodego mężczyznę o wyglądzie anielskiego chłopca i prowokacyjnym, dwuznacznym spojrzeniu. W jego oczach delikatność wiąże się z chorobliwą naturą, niedojrzałość z zepsuciem, uległość z zaczepnością.

Takimi oczyma, które kuszą i niepokoją zarazem, patrzy na czytelnika cała proza Capote'a.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':