Projekt rządu, który miał być głosowany pod koniec stycznia, zakłada, że wszystkie prostytutki musiałyby się zarejestrować w gminach, w których działają. Raz na trzy lata odnawiałyby też tam licencję. Na dokumencie zwanym potocznie przepustką widniałoby zdjęcie i numer z rejestru. Prostytutki przyłapane na pracy bez licencji musiałyby się pożegnać z profesją, a ich klienci odpowiadaliby przed sądem.
Projekt trafił do parlamentu wiosną 2010 r., a ówczesny minister sprawiedliwości Hirsch Ballin przekonywał, że dzięki rejestracji łatwiej będzie walczyć ze zmuszaniem do prostytucji czy z handlem żywym towarem. Po kilku miesiącach debaty w mediach i wstępnej dyskusji w parlamencie wiadomo już, że pomysł łatwo nie przejdzie. Dla części posłów opozycji ustawa jest zbyt restrykcyjna. W opinii innych narusza przepisy o ochronie danych osobowych. Politycy ze współrządzącej centroprawicowej partii VVD martwią się zaś o dodatkowe koszty kontroli seksbiznesu w czasie, gdy trzeba ciąć wydatki.
Holandia zalegalizowała prostytucję w 2000 r., znosząc wprowadzony w 1911 r. zakaz działalności domów publicznych. Prostytutki płacą podatki, mogą zakładać jednoosobowe firmy świadczące usługi, podlegają takim samym regulacjom prawa pracy jak szwaczki czy nauczycielki. Ale eksperci i politycy, szczególnie z partii prawicowych, coraz głośniej mówią, że nie przyniosło to spodziewanych efektów.
Legalizując prostytucję, Holendrzy chcieli pozbyć się takich negatywnych zjawisk jak zmuszanie do niej czy handel żywym towarem. Niestety, w opinii części ekspertów stało się wręcz odwrotnie - gangów sutenerów wykorzystujących kobiety przybyło, a większość prostytutek z Amsterdamu oddaje im część swoich zarobków. W dodatku wiele z nich to imigrantki z Afryki i Europy Wschodniej ściągnięte pod przymusem bądź nielegalnie.
Dlatego od kilku lat władze lokalne i centralne zaostrzają podejście do prostytucji. W Utrechcie przegoniono prostytutki z ulic miasta, a magistrat Amsterdamu kawałek po kawałku wykupuje od seksbaronów najsłynniejszą bodaj na świecie dzielnicę Czerwonych Latarń zamieniając ją w kwartał modnych butików.
Rejestracja tych kobiet to kolejny pomysł na zaostrzenie prawa. Nie podoba się on ani prostytutkom, ani organizacjom walczącym o prawa człowieka. "Obowiązkowa rejestracja nie pomoże kontrolować prostytucji - jest w istocie inwazją w prywatność" - przekonują na łamach dziennika "Trouw" działacz społeczny Mieke van den Burg i lewicowa polityk Marjan Wijers.
Przeciwnicy zmian argumentują, że konieczność rejestracji zepchnie sektor do podziemia, gdzie prawo przestanie chronić kobiety przed alfonsami. W opinii części prawników rejestracja osób parających się usługami seksualnymi byłaby naruszeniem holenderskiej ustawy o ochronie danych osobowych (ta chroni informacje o aktywności seksualnej obywateli).
Mieke van den Burg i Marjan Wijers przypominają, że w Niderlandach polityka wobec prostytucji zmienia się cyklicznie i zależy od społecznego podejścia do tego zjawiska. O ile dwieście lat temu rady miejskie były zobowiązane prawnie utrzymywać
domy publiczne, o tyle sto lat temu zostały one zakazane.
Szacuje się, że w Holandii działa 15-30 tys. prostytutek. Pracują one na ulicach, w "okienkach" (oszklonych witrynach) i 142 licencjonowanych burdelach. W samym tylko Amsterdamie roczne dochody z prostytucji wynoszą 100 mln dol. Ostatnia przymusowa rejestracja prostytutek miała miejsce w tym kraju na początku XIX w. Zarządził ją Napoleon Bonaparte w obawie, iż jego wielką armię powali kiła i rzeżączka złapana w Niderlandach.