Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
O projekcie filmu o Marii Skłodowskiej-Curie rozmawialiśmy już kilka lat temu. Miała ją grać Isabelle Huppert. Teraz zbliża się realizacja - z Krystyną Jandą w głównej roli. - Huppert bardzo chciała grać Skłodowską. Były też rozmowy z Charlotte Rampling. Ale ja wolę Jandę. To musi być Polka. Dla świata wciąż nie jest to oczywiste. Nie zapomnę, jak francuska dziennikarka zdumiała się, kiedy jej powiedziałam, że "madame Curie" była Polką.
To miał być film o tym, jak Skłodowska-Curie, dwukrotna noblistka, już wtedy chora z powodu napromieniowania izotopami, jedzie ostatni raz do Polski i spotyka swoją pierwszą miłość, Kazimierza Żórawskiego. Kiedyś jego rodzice nie zgodzili się na ślub z ubogą guwernantką. Ten pomysł pachniał melodramatem, nostalgią za niespełnioną miłością. - Żadna nostalgia. To była miłość spełniona, mocna, seksualna, tylko nie mogło dojść do ślubu. Późniejsze związki Skłodowskiej - z Piotrem Curie, a po jego śmierci z fizykiem Paulem Langevin, co opinia francuska uznała za skandal - to też były prawdziwe miłości. Ale tamta, z Kazimierzem, była pierwsza, wiązała się z marzeniem, żeby coś zdziałać w życiu. I wydała owoce.
Oboje zaszli daleko. - Maria przez całe życie nosiła w sobie obrazę z powodu tamtego zerwania. Ale to, co nas poniża, czasem dodaje sił. Z nią też tak było. Pokazała światu, kim jest. Dla niego to rozstanie również musiało być motorem rozwoju, bo nie ożenił się z kobietą, którą chciała matka, tylko z inną, pianistką. Został wybitnym matematykiem. A Maria - wiadomo. Wyjechała, żeby zdawać na Sorbonę, jako pierwsza w historii kobieta studentka fizyki i chemii. Wtedy jeszcze nie myślała, że zostanie we Francji na zawsze. Poznała Piotra Curie, kolegę naukowca, i długo wahała się, czy ma za niego wyjść, bo to odcinałoby jej powrót do ojczyzny. A ona bardzo cierpiała, że musi zostawić kraj. Stale tu, choćby na krótko, przyjeżdżała. Ale wzięła ślub z Piotrem, pracowała z nim naukowo i została we Francji.
Robi więc pani film nie o żalu za utraconym, tylko o tym, że odrzucenie hartuje, wzmaga ambicję? - Jest jeszcze inny ciekawy motyw - związany z promieniotwórczością. W jej Instytucie Radowym umierają ludzie, którzy pracowali z gołymi rękami przy materiałach promieniotwórczych, nie wiedząc, że to jest szkodliwe.
Maria ma białaczkę. Jej córka Irena również na to umrze. Ale ona nie chce tego uznać. Dopiero Kazimierz radzi jej (podobnie jak Einstein), żeby ogłosiła przed światem szkodliwość tej pracy. I ona w końcu to robi, zmienia zasady pracy w instytucie. Sama już wie, że umiera, ale ciągle jest mocna. Czy to nie fascynujące pokazać taką genialną kobietę, która wyrwała naturze tajemnicę, odkryła coś, co zmieniło świat, energię atomową?
Zawsze robiłam filmy o mocnych kobietach. Przecież ona miała tragiczne życie. Nie lubiła Francji i Francuzi jej nie lubili, zwłaszcza gdy dostała drugiego Nobla w 1911. Skandal wokół niej porównywany jest ze sprawą Dreyfusa. Kiedy miała romans z żonatym Paulem Langevin, mówiono we Francji: Żydówka, ateistka, niemoralna.
Zawsze w moich filmach są kobiety, które szukają samych siebie i prawdy. To może być prawda o dziecku, prawda o rewolucji, prawda naukowa. U geniusza, jakim była Maria, te wszystkie cechy są wzmocnione. I do tego potrzebna mi jest Krystyna Janda, z jej energią, jej dążeniem do prawdy. Powinna grać Marię, bo ma mądre oczy - Skłodowska takie miała. Na zdjęciu są bardzo podobne. Musisz w tę rolę włożyć serce - powiedziałam. Ale ona inaczej grać chyba nie umie. Jest pełna pozytywnej energii. Wie, co to samotność, żyje z tym, ale nie płacze. Te tęsknoty, tragedie nosi w sobie. Bardzo ją polubiłam. Powiedziała mi, że się cieszy, że rozmawiamy o sztuce tak po ludzku, wesoło, bez zadęcia.
Znałyście się wcześniej? - I tak, i nie. Miała kiedyś grać w moim filmie razem z Nowickim, ale nie doszło ani do grania, ani do przyjaźni. Janek nie dopuścił, on boi się takich kobiet. Ale teraz jestem już wolna.
Scenariusz napisała Pani z Maciejem Karpińskim. Materiałów o Skłodowskiej-Curie musi być mnóstwo. - Tak, i po francusku, i po polsku. Był pan kiedyś w jej muzeum w Warszawie, na Starówce, gdzie Skłodowska mieszkała w dzieciństwie?
Nie, nigdy. - Wiem. O niej istnieje taka nudna, romantyczna legenda. W amerykańskim filmie "Madame Curie" Mervyna LeRoya z lat 40. Greer Garson gra kobietę pełną poświęcenia dla męża, prawie świętą. Córka Ewa w swojej biografii tak ją przedstawiła: jako świętą matkę. A to kompletna nieprawda. Ona miała romanse, które były dla niej ważne. Einstein powiedział, że tyle erotyzmu nie widział nigdy w oczach kobiety. Françoise Giroud napisała świetną książkę o jej życiu, pracy, o jej kochankach i jej miłości do Polski. To ona zasugerowała prezydentowi Mitterrandowi, żeby przenieść jej prochy do Panteonu. Jako jedynej kobiety.
To będzie polski film? - Przynajmniej w 80 proc. Michał Kwieciński go wyprodukuje. Jest węgierski producent, który chętnie by w to wszedł, ale się boi. Ma kilka nieukończonych filmów, a państwo wstrzymało u nas wszelkie subwencje. Zatrzymano filmy będące w realizacji. U nas teraz praktycznie nie ma kinematografii. Nie działa Instytut Sztuki Filmowej! Fidesz, który zdobył w wyborach 52 proc. głosów, chce zmienić ustrój. Wszystko zaczynamy od nowa. Zamiast ministrów jest coś w rodzaju komisarzy. W rządzie kultura jest razem ze zdrowiem, tak że środowiska twórcze nie mają z kim rozmawiać. Poszliśmy do władz z petycją od Stowarzyszenia Filmowców. Komisja rządowa przegłosowała, żeby wygospodarować pieniądze na skończenie filmów - pozostawienie tego tak, jak jest, byłoby przecież finansową stratą. Ale premier Orbán skreślił to, co oni uchwalili. Filmowców traktuje się jak kryminalistów. Ludzie Orbána w ramach walki z korupcją głoszą, że robiąc filmy, zrobiliśmy malwersacje na 7 miliardów forintów.