Trzy fikcyjne imiona: Tuan, Binh i Vinh. Trzej warszawscy Wietnamczycy od lat "na nielegalu" w Polsce. Zgodzili się opowiedzieć o swojej wyprawie przez zieloną granicę.
Vinh: podwójny sufit Vinh zamawia piwo i sajgonki w wietnamskiej restauracji w centrum Warszawy. Opowiada dowcipy i co chwila wybucha śmiechem. - Jest takie powiedzenie wietnamskie: "Gdzie ziemia przyjazna, tam ptaki przylatują". Wolę być nielegalny w Polsce niż obywatelem w Wietnamie. Tam nie miałem wpływu na życie. Chciałem do Polski, bo to kraj w 90 proc. katolicki, a ja jestem katolikiem. Zostawiłem rodzinę i po prostu wyjechałem.
Przyjechał do Warszawy w 2007 roku. Ma 30 lat. Jego dziewczyna też jest z Wietnamu. Razem handlują w centrum na Marywilskiej, dokąd po zamknięciu Stadionu Dziesięciolecia przeniosła się większość kupców. - Podróż kosztowała mnie 11 tys. dol. Taką cenę podali mi dwaj mężczyźni, których polecił mi sąsiad. Dałem im 3 tys. dol. Umówiliśmy się, że resztę dostaną od mojej rodziny, gdy odezwę się już z Polski.
Z Wietnamu do Moskwy jednym samolotem leciało jeszcze 19 innych Wietnamczyków, którzy chcieli wyjechać do Europy. Nie wiem dlaczego, ale do Polski i innych zachodnich krajów zawsze leci się przez Moskwę. Tam przewoźnicy mają pewnie swoje centrum. Na lotnisku wyszli po nas dwaj Wietnamczycy, którzy wzięli nasze paszporty. Mówili, że nie wolno dokumentów trzymać przy sobie i muszą załatwić nam polskie wizy. Wieźli nas samochodami Ukraińcy albo Rosjanie. Po kilku godzinach przesiedliśmy się do tira. Miał w przyczepie podwieszany drugi sufit, tam nas wcisnęli. Dojechaliśmy tak na Ukrainę. Zamknęli nas w starej, brudnej oborze. Byli tam też Chińczycy i Irakijczycy, ale oni nie jechali do Polski. Siedzieliśmy w oborze dwa miesiące, musieliśmy mówić szeptem. Mogliśmy wychodzić tylko na chwilę do drewnianej ubikacji. Ci, którzy nas pilnowali, prawie nie dawali nam jeść, czasami kromkę chleba na cały dzień. Byliśmy ciągle głodni. Znałem trochę rosyjski, więc strażnicy traktowali mnie, jakbym był odpowiedzialny za całą grupę. Kiedy kilku naszych zaczęło ćwiczyć, by rozruszać mięśnie, i narobili hałasu, wpadli pośrednicy. Chcieli wiedzieć, kto hałasował. Powiedziałem, że spałem i nie wiem. Bardzo mnie pobili, ktoś mną rzucił tak mocno, że przeleciałem przez całą oborę. Kiedy wypuścili nas wreszcie, była ulewa.
Pies węszy, ja pod kołdrą Razem ze mną granicę miało przekroczyć dziewięciu Wietnamczyków. Przewoźnicy zapakowali nas do jednego samochodu osobowego. Jako tłumacz siedziałem na przedzie, ale niektórzy musieli jechać w bagażniku. Przewodnik był dla mnie miły, dał mi nawet trochę chleba i kiełbasy. Weszliśmy do lasu. Dwie noce podchodziliśmy do siatki na granicy. Potem przewodnik podniósł siatkę i kazał nam szybko przejść. Był jeszcze strumyk. Mężczyźni przeskoczyli, ale kobiety powpadały do wody. Byliśmy już w Polsce. Znowu musieliśmy się wcisnąć do jednego samochodu. Kobiety miały mokre ubrania, więc w tym ścisku wszyscy byliśmy mokrzy, było zimno. Po dwóch godzinach dotarliśmy do bloku w małym mieście. Pierwszy raz od dwóch miesięcy jadłem ryż.
Już w Wietnamie umówiliśmy się, że przewoźnicy dowiozą nas na Stadion Dziesięciolecia. Na miejscu zamknęli nas w magazynie i czekali na potwierdzenie z Wietnamu, że rodzina wpłaciła resztę pieniędzy za naszą podróż. Ja wyszedłem jako pierwszy. Przewoźnik zostawił mnie na bazarze.
Wietnamczycy zawsze sobie pomagają. Obcy ludzie wzięli kilku z nas do swojego domu. Zostałem pomocnikiem Wietnamczyka, który sprzedawał ubrania. O świcie otwierałem magazyn, nosiłem pudła z towarem, trochę sprzedawałem. Po dwóch tygodniach z sześcioma Wietnamczykami i Polakiem wynająłem kawalerkę. Wieczorem usłyszeliśmy walenie do drzwi. Straż graniczna. Upadłem na podłogę i wtedy kołdra mojego kolegi spadła i mnie przykryła. Pomyślałem, że skoro nie mam, gdzie uciec, zostanę pod kołdrą. Modliłem się o wybaczenie grzechów i o pozostanie w Polsce. Leżałem nieruchomo, serce mi waliło. Pies straży granicznej biegał po pokoju, węszył, ale mną się nie zainteresował.
Marzę, żeby legalnie żyć i pracować w Polsce.
Krzysztoń: spłacają długi i płacą haracze Widać ich głównie w dużych miastach. Przede wszystkim w Warszawie. Z 35 tys. Wietnamczyków, którzy mieszkają w Polsce, według Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców jedynie 13 tys. przybywa tu legalnie. Reszta nie ma pozwolenia na pobyt i pracę, najczęściej też żadnego dokumentu tożsamości.
Robert Krzysztoń, członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa, które pomaga Wietnamczykom w Polsce: - Wietnamczycy przechodzą zazwyczaj przez granicę z Ukrainą, rzadziej z Białorusią. Z problemami przychodzą do nas, stąd wiemy, ilu ich przyjeżdża. Do Warszawy docierają zwykle trzy-cztery grupy miesięcznie. Czasem to dziesięć osób, a czasem nawet 70. Zapłacili przewoźnikom, jednak dalej są od nich zależni. Pracując w Warszawie, muszą spłacać długi i płacić haracze. Polskim urzędnikom i funkcjonariuszom tego nie mówią, bo się boją.
Tuan: w przyczepie dla świń Tuan handluje ubraniami w Wólce Kosowskiej, chińsko-wietnamskiej megahurtowni pod Warszawą. Wyjechał z Wietnamu siedem lat temu. Ma 32 lata, nosi dżinsy i koszulę w drobną kratkę.
- Kolega powiedział, gdzie mogę spotkać osoby, które pomagają wyjechać za granicę. Taka informacja jest w Wietnamie przekazywana pocztą pantoflową. Z przewoźnikiem umówiłem się na bilet do Moskwy, tam miał czekać jego współpracownik. Zapłaciłem 500 dolarów, tyle miałem. Kilku krewnych się złożyło na mój wyjazd. Byłem przekonany, że do Polski z przesiadką w Moskwie lecę legalnie! Tak się umówiłem.
Na lotnisku w Moskwie podszedł wysoki Rosjanin. Zaprowadził do małego mieszkania niedaleko lotniska. Mebli prawie nie było, siedzieliśmy na podłodze. Spotkałem tam Wietnamczyków, którym przewoźnicy zabrali paszporty i przetrzymywali ich w Rosji od roku. Mówili, że kilka wietnamskich kobiet musiało pracować w domach publicznych. Ten Rosjanin powiedział, że 500 dol., które zapłaciłem w Wietnamie, starczyło tylko na przyjazd do Moskwy. Resztę długu będę musiał spłacić w Warszawie. Jechałem z czterema Wietnamczykami autem, tirem, a potem w przyczepie dla świń. Nie miała dachu, więc kazali nam się schylać, żeby nie było nas widać. Jeśli ktoś był widoczny, dostawał kijem. Jechaliśmy dwie doby. Okazało się, że jesteśmy na Ukrainie. Miejscowi przewoźnicy mieli zasłonięte twarze, byli agresywni, każdy miał broń albo drąg. Zabrali nas do chałupy we wsi, gdzie siedziało już kilka wietnamskich rodzin, razem ponad 20 osób. Myślę, że było to blisko Bieszczad.
Mam dług, ale nie wiem jaki Siedzieliśmy w chacie kilka dni, aż dali znak, że można przekroczyć granicę. W naszej grupie było kilkoro dzieci. Przewodnicy dali im środki nasenne. W nocy nagle się okazało, że musimy się wycofać. Następnego dnia dzieci znów dostały środki nasenne. Tym razem nie pomogły, bo gdy weszliśmy do lasu, płakały strasznie! "Jeśli ich nie uspokoicie, wszystkich skatujemy" - grozili przewoźnicy. Dzieci się uspokoiły, ale przez granicę nie przeszliśmy, bo kazali zawrócić. Załadowali nas do ciężarówki. Wydaje mi się, że zawieźli nas na Słowację, nikt nam nic nie mówił. Nocowaliśmy w bloku gdzieś na wsi, razem z kilkudziesięcioma imigrantami. 50 Wietnamczyków chciało się dostać do Polski, Irakijczycy do Anglii, a inni do Niemiec. Po trzech miesiącach, koło Bożego Narodzenia, w środku nocy wjechaliśmy do Polski. Nie byłem w stanie się cieszyć. Bardzo się zdziwiłem, kiedy Polacy, znajomi naszych przewoźników, ugotowali dla nas pięciu 30 jajek. Od kilku miesięcy głodowałem.
Rano przyjechał po mnie wujek, który mieszka w Polsce od kilku lat, i zabrał do Warszawy. Już następnego dnia wynająłem stoisko na bazarze, wziąłem na kredyt towar od miejscowego hurtownika i zacząłem handlować. Tak jest do dziś. Pracuję na bazarze kilkanaście godzin na dobę, bo przewoźnicy wiedzą, gdzie jestem, i ciągle upominają się o pieniądze. Przychodzą po nie Wietnamczycy. Mówią, że mam dług. Jak duży? Nie wiem, po prostu płacę.
Ożeniłem się. Oboje jesteśmy nielegalnie.
Binh: przewodnik nadepnął na drut Bihn ma 51 lat, we włosach siwe pasma. Czarną kurtkę zapiął pod szyję. Na spotkanie wybrał pusty hol prywatnej uczelni, bo to teren neutralny i bezpieczny. Na twarzy upór.
- Uczyłem się budownictwa i pracowałem na dźwigach w Moskwie. To było na przełomie lat 80. i 90. Czas pierestrojki, płaca zmalała, posada stała się niepewna. Dwóch Wietnamczyków zapytało, czy chcę jechać do Niemiec, bo tam potrzebują wykwalifikowanych robotników. Mieliśmy z żoną paszporty i wizy. Dojechaliśmy pociągiem do Szczecina. Tam nasi pośrednicy mieli załatwić wizy niemieckie, wszystko miało być legalnie! Nie załatwili i tłumaczyli, że pieszo przez las będzie szybciej.
Niemcy umieścili nas w obozie dla uchodźców. Spędziliśmy tam cztery lata. Mogliśmy pracować, zaoszczędziliśmy kilkaset dolarów. Potem obóz rozwiązano, a nam groziła deportacja. Do Wietnamu nie mogliśmy wrócić, bo czekałyby nas represje. Znajomi umówili nas z Polakami. Byli eleganccy i mili. Powiedzieli, że w Polsce po kursach zawodowych można łatwo znaleźć dobrą pracę. Zapłaciliśmy im zaoszczędzone 400 dolarów i podpisaliśmy fikcyjną - jak się później okazało - umowę. Byliśmy przekonani, że jedziemy do Polski podnieść kwalifikacje. Razem z nami jechała jeszcze jedna wietnamska para. Przyjechał po nas ładny i czysty samochód, ale kierowca zatrzymał się nagle przed granicą i kazał iść pieszo z nowymi pośrednikami, też Polakami. Potem leżeliśmy na granicy i obserwowaliśmy strażników, czekając na zmianę warty. Nagle nasz przewodnik po prostu nadepnął na drut kolczasty i kazał biec. Biegłem i myślałem, co będzie, jeśli strażnik mnie zobaczy. Udało się. Przewoźnicy zawieźli nas na dworzec, dali bilety do Warszawy, kazali wysiąść na Centralnym i czekać. Czekaliśmy całą noc, nikt nie przyszedł. Spotkana przypadkiem Wietnamka powiedziała nam o Stadionie Dziesięciolecia.
To był koniec lat 90. Bazar rozkwitał. Sprzedawaliśmy buty i ubrania aż do zamknięcia bazaru. W 2007 roku zatrzymała mnie na stadionie straż graniczna. Byłem nielegalnie, nie miałem nawet paszportu, więc wsadzili mnie na kilka miesięcy do strzeżonego ośrodka w Lesznowoli. To było gorsze niż więzienie, bo w więzieniu przynajmniej siedzi się za coś. Ja chciałem pracować, płacić podatki, nigdy nie chciałem, żeby państwo polskie mnie utrzymywało. Po kilku miesiącach wyszedłem na wolność.
Słyszałem, że w Ośrodku Migranta "Fu Shenfu" na Pradze księża pomagają imigrantom. Jeden ksiądz pisał w moim imieniu do urzędów i w końcu mogłem być w Polsce legalnie na tolerowanym pobycie. Żona jednak ciągle jest nielegalna. Boi się, że zamkną ją w areszcie. Odkąd nie ma bazaru, siedzi w domu. Boi się nawet wyjść z dzieckiem na spacer. Córka ma 12 lat i nie ma aktu urodzenia. Chodzi do szkoły, jest zdolna, ale jak skończy 16 lat, będzie można ją aresztować. Panicznie się boi pukania do drzwi.
Żyjemy w ciągłym zawieszeniu. Chciałbym przestać bać się o siebie i rodzinę. Pracujemy, ale ciągle się ukrywamy i boimy. Ten strach wykorzystują źli ludzie.