Bielecki: Mądry Polak po reformie

Jan Krzysztof Bielecki
31.01.2011 , aktualizacja: 03.02.2011 08:46
A A A Drukuj
Jan Krzysztof Bielecki

Jan Krzysztof Bielecki

Jeżeli ktoś oczekuje, że państwo będzie sprawne, a administracja publiczna będzie działać efektywnie, to nie powinien chyba przekonywać, że państwo z definicji jest wrogiem obywatela i szkodnikiem w gospodarce
W 1989 roku Bogdan Lis, Bogdan Borusewicz i Lech Kaczyński na naradzie w mieszkaniu Macieja Łopińskiego zadecydowali, że mam kandydować do Sejmu. Szukano ludzi sprawdzonych w podziemiu solidarnościowym, zdecydowanych walczyć o wolne wybory. Startowaliśmy z programem - jak by to dzisiaj można powiedzieć - populistycznym w swoim idealizmie, który nie mógłby stanowić podstawy do rządzenia Polską. Życie szybko przyniosło nową rzeczywistość - jesienią powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, a w listopadzie i w grudniu pracowaliśmy w rządzie i w sejmowej komisji nadzwyczajnej nad pakietem ustaw fundamentalnie zmieniających nasz kraj. Ja sam zostałem premierem rok później. Teraz widzę, że zawsze, gdy dokonuje się tak wielkiej zmiany, błędy są nieuchronne. My również popełniliśmy ich wiele, chociażby dając prawo do zasiłku dla bezrobotnych osób, które nigdy nie pracowały.

W pewnym sensie było to nieuniknione - nikt z nas nie miał doświadczenia w "robieniu akwarium z zupy rybnej", jak określał budowanie kapitalizmu demokratycznego na gruzach realnego socjalizmu Lech Wałęsa. Mimo to udało nam się metodą pospolitego ruszenia, ponadpartyjnej jedności i nadzwyczajnej mobilizacji osiągnąć niezły rezultat. Potem oczywiście trzeba było dokonywać w biegu korekt przy ogromnej zmienności rządów, a równocześnie wprowadzać europejskie standardy, aby przygotować Polskę do wejścia do Unii Europejskiej. To były czasy pionierskie, czasy odwagi i podejmowania ryzyka, co zdecydowało o tym, że dziś jesteśmy szóstą gospodarką UE i jako jedyni w Europie uniknęliśmy recesji w najgorszym kryzysie światowym od 80 lat.

Po moim rozstaniu z polityką przez ponad dziesięć lat obserwowałem sprawy publiczne w Anglii, kolebce demokracji parlamentarnej. Chodziłem na posiedzenia Izby Gmin, przysłuchiwałem się transmisjom z posiedzeń komisji parlamentarnych. Widziałem, jak bardzo debata publiczna koncentrowała się wokół realnych wyzwań i jak była drobiazgowa. Pod tym wpływem zaczęło się w mojej głowie kształtować wyobrażenie o potrzebie uprawiania polityki w Polsce w XXI wieku w inny sposób niż przez te pierwsze 20 lat transformacji.

Kiedy razem z Radą Gospodarczą przy Premierze podjęliśmy dyskusje o planach naprawy systemu emerytalnego, nigdy nie przypuszczałem, że jak w soczewce zogniskują się w niej różnice pomiędzy tym, jak wprowadzaliśmy zmiany, a tym, jak powinniśmy to robić. Dlatego pomimo czasem zbyt ostrego tonu i melodramatyzmu uważam publiczną debatę wokół systemu emerytalnego za pożyteczną lekcję dotyczącą reform.

Oczywiście cieszę się również, że powstał projekt rządowy, który godzi różne wyzwania - potrzebę zahamowania spirali zadłużenia, utrzymania kapitałowego elementu systemu oraz budowania dodatkowych, dobrowolnych oszczędności emerytalnych opartych na ulgach podatkowych.

Historia jednej reformy

Reforma emerytalna z 1999 r. była jedną z nielicznych zmian, które nie były wymuszone transformacją ustrojową czy wstępowaniem do Unii. Była ambitnym projektem skrojonym na odległą przyszłość, pionierskim w Europie pomysłem na rozbrojenie bomby emerytalnej. Idea obowiązkowego systemu kapitałowego przyszła do Polski, za pośrednictwem Banku Światowego, z Chile, bodaj jedynego wówczas kraju, który ją wprowadził. W Europie tylko Szwecja rozważała podobny model emerytalny. Z czasem oprócz Szwecji i Polski wprowadziły go również kraje bałtyckie i inne kraje centralnej Europy. Ale do dziś systemy takie występują w mniej niż 20 krajach na świecie.

A zatem w 1999 r. nasza reforma emerytalna była odważnym skokiem na głęboką wodę, bo niewiele było wtedy twardych danych o tym, jak taki system będzie funkcjonował w dłuższym horyzoncie. Wątpliwości było wiele. Niektórzy eksperci rządowi już wtedy podnosili kwestię wpływu reformy na finanse publiczne w krótkim i średnim terminie. Brak przewidywalności zachowania rynków finansowych również stanowił element ryzyka.

I tu właśnie uwidoczniła się słabość instytucjonalna naszej demokracji, bowiem krytykę pomysłu zignorowano.

Kwestionowanie reformy obarczone zostało piętnem bycia antyreformatorskim i antyrynkowym. Możliwe, że gdybym był wtedy w Polsce, ja także tak bym postrzegał krytyków. Ale z dzisiejszej perspektywy nie mogę się nadziwić, że przy wprowadzaniu tak ogromnej zmiany systemowej szacunki jej wpływu na życie ludzi dzisiaj i jutro były skąpe. Że przyjęto optymistyczne założenia i że nie wszystkie elementy ryzyka zostały wytłumaczone opinii publicznej czy nawet parlamentowi.

Można oczywiście przyjąć, że w momencie startu ta kwestia nie była najważniejsza, bo chodziło o wprowadzenie indywidualnych rachunków emerytalnych i powiedzenie przyszłym emerytom, że ich świadczenie będzie zależało od wysokości składki i efektywności części kapitałowej. Ale w takim razie dlaczego nie wpisano do reformy konieczności corocznego przeglądu jej skutków przez parlament?

Jak słusznie pisze minister Michał Boni w uzasadnieniu projektu rządowego, "po dekadzie funkcjonowania reformy należy jednak zauważyć, iż kształt reformy wymaga racjonalnej korekty". I dalej: "Tylko w roku 2010 wysokość refundacji FUS składki przekazywanej do OFE wyniosła 22,5 miliarda złotych, zaś od początku reformy emerytalnej bezpośredni koszt refundacji z budżetu państwa ubytku składki emerytalnej wyniósł 162 miliardy, więc ok. 11,4 procent przewidywanego na 2010 PKB. Po uwzględnieniu kosztu finansowania koszt refundacji rośnie o kolejne 70 mld". I na koniec kluczowe zdanie: "Dotychczasowy trend wskazuje na to, iż problemy związane z przyrostem jawnego długu publicznego w związku z funkcjonowaniem kapitałowej części systemu będą w przyszłości narastać i stanowić istotne obciążenie dla finansów publicznych".

Czy ten trend można było zidentyfikować wcześniej i wcześniej zacząć system modyfikować? W moim przekonaniu po trzech latach można było policzyć, że reforma zaczyna się nam rozchodzić, że luka międzypokoleniowa robi się coraz większa i że jest nie do zasypania, dopóki, przepraszam za to stwierdzenie, nie umrze ostatnia osoba ze starego systemu, a więc za kilkadziesiąt lat. Równocześnie możliwość łatania tej dziury z przychodów z prywatyzacji okazała się iluzoryczna i dlatego system kapitałowy zaczął być oparty na zaciąganym na jego potrzeby długu. Że oszczędzamy na starość, coraz bardziej się zadłużając.

Myślę, że w dojrzałej demokracji dzwonki alarmowe zaczęłyby dzwonić w mediach, wśród ekspertów i polityków. Rząd, jakiejkolwiek maści politycznej napisałby białą księgę drobiazgowo analizującą reformę i jej skutki, a eksperci, opozycja i media uczyniłyby z tego temat numer jeden debaty publicznej. W starych demokracjach oznaczałoby to setki godzin debat parlamentarnych i mozolnej pracy w komisjach, wiele dyskusji w telewizji publicznej.

U nas nic takiego nie miało miejsca.

Gorzej, reforma emerytalna stała się tematem tabu, a kolejne decyzje parlamentu, zamiast usprawniać system, jeszcze pogarszały problem, hojnie rozdając przywileje emerytalne silnym grupom nacisku. Pierwszej poważnej naprawy, ale też bez wystarczająco głębokiej dyskusji, dokonał rząd Tuska, radykalnie ograniczając emerytury pomostowe, co ocaliło nas przed krachem finansów publicznych. Równocześnie cały czas rozpierała nas duma z "rozwiązania emerytalnego, którego zazdrościł nam świat", reklamy z palmami uśpiły opinię publiczną i tylko niewiele osób zastanawiało się, dlaczego kraje najbardziej rozwinięte nie kwapią się iść w ślady Polski. Na pocieszenie wypada tu może wspomnieć, że podobnie było w Chile, gdzie dopiero w 2007 r., czyli 26 lat po wprowadzeniu reformy, powołano komisję do przejrzenia jej skutków, co zaowocowało głębokimi modyfikacjami.

Koniec romantyzmu, czas na zarządzanie zmianą

Na przykładzie reformy emerytalnej widać, że nasza demokracja ma jeszcze deficyty w porównaniu z krajami najbardziej rozwiniętymi Europy czy Ameryki Północnej. Nie chodzi tu tylko o frekwencję wyborczą czy jakość programów partyjnych. Raczej o mechanizmy stanowienia prawa i sprawność jego wprowadzania . Ustrój demokratyczny ma tu swoje naturalne ograniczenia i wystarczy posłuchać tych, którzy wychwalają postęp Chin w ostatnich latach, by usłyszeć nutkę zazdrości, że nie mamy w Polsce technokratycznych rządów opartych o merytokratyczną elitę, zamiast „niesfornej” większości parlamentarnej. To rzeczywiście pech, ale wątpię, by większość Polaków chciała powrotu do mniej lub bardziej oświeconej dyktatury. Zastanawiam się też, od którego momentu brak demokracji stanie się także dla Chin bardziej przeszkodą niż pomocą w budowaniu dobrobytu.

Ale wracając do naszego podwórka, musimy sobie poradzić, podnosząc jakość naszej demokracji. Kluczem do tego jest sprawność instytucji, przejrzystość debaty publicznej i przejście od "romantycznej" koncepcji reform na rzecz czegoś, co w biznesie nazywamy "zarządzaniem zmianą".

Zmiany w korporacjach też są bardzo trudne do wprowadzenia. Z badań wynika, że zdecydowana mniejszość programów naprawczych w przedsiębiorstwach osiąga zamierzone cele. Zazwyczaj to nie tylko kwestia idei czy charakteru zmian, ale implementacji, monitoringu i zdolności do korygowania błędów. W państwie jest podobnie - podjęcie reformy to decyzja polityczna, ale jej realizacja wymaga od administracji publicznej umiejętności "zarządzania zmianą".

ZOBACZ TAKŻE
  • 0