Teledysk do numeru "Nie masz cwaniaka nad warszawiaka" Projektu Warszawiak ma już w YouTube prawie półtora miliona odsłon, a będzie miał więcej. I słusznie, bo to najbardziej wyczesany polski teledysk, jaki widziałem od dawna, sam go obejrzałem dwa razy, a i może obejrzę trzeci, tyle że już bez fonii. Ten cover klasycznego numeru Stanisława Grzesiuka to jest orgia pomysłów i feeria kolorów, choć dość statyczna: aktor Łukasz Garlicki w różnych przebraniach, na przykład powstańca, robotnika, ale i sprzedawcy kebabów, a nawet syrenki, melodeklamuje tekst szlagwortu pod elektroniczne bity. Zresztą co ja będę opowiadał, wszyscy już znają ten teledysk, a jak nie znają, to zaraz poznają. Projekt jak to projekt, rzecz wychodzi poza jeden numer, w necie jest ich kilka, w tym takie evergreeny jak "Apaszowskie tango" (a dlaczego nie "Apaszem Stasiek był"?), wszystko w sumie na jedno elektroniczne kopytko. Jak się tego słucha, a nie ogląda, to można zanucić starą piosenkę zespołu Komety, w której Lesław śpiewał: "Nuda, nuda, nuda, nic nie dzieje się".
Nieprzypadkowo pada tu nazwa zespołu Komety, nieprzypadkowo pojawia się imię Lesław, wtajemniczeni wiedzą, że Lesław to żywa legenda warszawskiej sceny zwanej alternatywną, że twórczość Lesława to jest prawdziwy wielki projekt warszawski, a niewtajemniczeni zostali właśnie w tym momencie wtajemniczeni. Lesław występuje tylko pod imieniem Lesław, nie używa swojego nazwiska i jedynie imieniem podpisuje kompozycje, nazwisko znają też tylko wtajemniczeni, ale w tym przypadku niewtajemniczonych nie będę wtajemniczał, bo nie jestem upoważniony. Wtajemniczyć mogę za to, że Lesław od lat kilkunastu nagrywa, pierwsza płyta jego zespołu Partia wyszła już w 1998 roku, nie jest wykluczone, że Lesław będzie nagrywał do końca świata, a przynajmniej dopóki istnieje Warszawa. Bo kiedy dziś myślimy "Partia", to myślimy Partia Lesława, on był jej Pierwszym Sekretarzem, on nadawał zawsze ton i wyznaczał jedynie słuszny kierunek, Partia była zawsze z Lesławem, Lesław był zawsze z Partią. Nie inaczej jest z zespołem Komety, który Partii jest jasną kontynuacją.
Warszawskość jest dziś w natarciu, bycie warszawiakiem nie jest już obciachem, można dumnie prężyć warszawską pierś, choćby i rachityczną, niekoniecznie z emblematem Legii na bluzie. Można więc powiedzieć, że jest pewna koniunktura na warszawskość, inwazja Projektu Warszawiak na YouTube jest tego mocnym dowodem. Tyle że piosenki Projektu Warszawiak, które słyszę, nic mi nie mówią o moim życiu, że pozwolę sobie strawestować Muńka Staszczyka. A warszawskie piosenki Pablopavo czy Sidneya Polaka, a także Lesława mówią mi o moim życiu, jeśli nie obecnym, to o dawnym, a jeśli akurat nie o moim, to o życiu innych żywych ludzi w tym mieście, to są prawdziwe wielkomiejskie opowieści: smutne, często dramatyczne, nostalgiczne, ale i zabawowe. Przy okazji Projektu Warszawiak przypominam, że najbardziej wyczesane przeróbki piosenek Grzesiuka śpiewał właśnie Muniek z zespołem Szwagierkolaska piętnaście lat temu, jak dziś słucham płyty "Luksus" Szwagierkolaski, to mi warszawskość gwałtownie wzrasta i nabrzmiewa, jak słucham Projektu Warszawiak, to mi warszawskość opada z przykrym plaśnięciem.
O Partii i Lesławie zatem to będzie piosenka, skoro Lesław śpiewa o warszawskich miłościach i warszawskiej samotności, o południowym Śródmieściu i północnym Ursynowie, o Polu Mokotowskim w wakacyjny wieczór, skoro śpiewa o "chłopaku z Żoliborza i dziewczynie z Mokotowa", to ja mogę zaśpiewać dziś piosenkę o Lesławie. Pretekst sam wpada w ręce i ląduje w odtwarzaczu, łza się w oku kręci, nogi się rwą do tańca, bo właśnie ukazała się płyta "Chciałbym umrzeć jak James Dean. Best of Partia", największe przeboje partyjniaków z lat 1998-2001. Kiedy piszę "największe przeboje", mam naturalnie na myśli największe przeboje dla wtajemniczonych, niewtajemniczeni niech idą do odpowiednich sklepów i niech się potem intensywnie wtajemniczają. Partia grała rockabilly, czasami swingowała, czasami punkowała, ale i kreśliła pastelowe krajobrazy miasta, w których znaleźć można było jakby klatki wyjęte z polskich filmów z lat 60. Lesław muzycznie i sentymentalnie siedzi bowiem głęboko w latach 50. i 60., nie jest to bynajmniej artysta, którego kręciłaby ponowoczesność lat 90. i dwutysięcznych, który by leciał na modne aktualnie brzmienia i modne aktualnie kluby, jest to twórca wybitnie osobny i ostentacyjnie retro, który zbudował własny świat partyjno-kometowy, w którym ja osobiście się odnajduję.
Nie mam zamiaru tu cytować piosenek Partii, bo to nie jest poezja śpiewana czy inna kraina łagodności, te teksty nie istnieją bez Lesławowej muzyki, razem tworzą melancholijno-zadziorną bombę, rock'n'rollową butelkę z benzyną, żeby trzymać się etosowych warszawskich porównań. Streścić jednak nieco mogę. Śpiewa zatem Lesław głównie o samotności i niespełnieniu, proszę się nie śmiać, to są tematy uniwersalne, a w warszawskich realiach uniwersalne w trójnasób, uniwersalne w sposób dojmujący. To piosenki o samotnych dziewczynach, które spędzają całe noce na zadymionych imprezach w nadziei, że wreszcie znajdą "prawdziwego partnera", o chłopakach, którzy stoją pod ścianą na prywatkach, czekając na dziewczynę, która miała tam przyjść, ale nie przyjdzie, bo poszła gdzieś z kimś innym, o wrażliwcach jak z Salingera uciekających z domu, żeby "przeżyć jeden prawdziwy dzień", o ludziach budzących się codziennie w pustych łóżkach, mieszkających kilka ulic od siebie i obcych sobie, a tym jedynym, co ich łączy, jest oddychanie wspólnym warszawskim powietrzem - jedyne, z czym spędzają samotne dni. To są piosenki o wielkomiejskiej nudzie, powtarzalności dni, bohaterowie Lesława zastanawiająco często leżą bezczynnie, gapiąc się w sufit. Jakoś jest to inna wizja niż obraz zagonionych warszawskich profesjonalistów szlifujących od rana do nocy swoje korporacyjne kariery.
Kiedy słucham tych numerów, to stają mi przed oczami skutery Osa i stroje z lat 60.: wąskie spodnie i marynarki chłopaków, kloszowe spódnice w grochy dziewczyn i ich włosy spięte w końskie ogony, i wiem, że Lesław wyprzedza epokę, że zaraz przepadną wszystkie obecne mody i miasto wypełnią znów ludzie wyjęci wprost z filmu "Niewinni czarodzieje". Zresztą jak ktoś wybór swych najlepszych piosenek zaczyna do legendarnego przeboju "Warszawa i ja", to chyba sprawa jest jasna.
Zatem słucham "Best of Partia", razem z nią słucham "Story of Komety" i rośnie we mnie melancholijnie ta dziwna warszawska miłość, tak pełna warszawskiej samotności.
Źródło: Duży Format