Do akcji wyruszyli konną drabiną mechaniczną z motopompą, odzyskaną z wagonu ze sprzętem strażackim, którego nie zdołali wywieźć
Niemcy. Był 23 stycznia 1945 roku, około godziny piętnastej. Paliła się katedra!
Zatrzymali się przy dawnym niemieckim magistracie, by wziąć klucz do płonącej świątyni. W pośpiechu otworzył ją naczelnik Paweł Czajkowski.
- Najpierw paliła się jedna wieża, potem zapaliła się druga - opowiada Bogdan Trepiński, ostatni z sześciu zawodowych strażaków, którzy gasili wtedy katedrę. - Widziałem wzburzonych ludzi. Ale nie rozmawiałem, bo trzeba było ratować trumienkę z relikwiami św. Wojciecha i Drzwi Gnieźnieńskie, które Niemcy przygotowali do wywiezienia, ale nie zdążyli zabrać z katedry. Pożar postępował szybko, bo więźba była ze smolnego drewna. Wszyscy to mocno przeżywaliśmy. Każdy wiedział, kto to zrobił. Ale prawdę mówiło się tylko w rodzinie.
Tajemnica podwójnej półeczki Wojciech Śmielecki z Gniezna, z zamiłowania przewodnik turystyczny i podróżnik, zabrał się niedawno za naprawę starej szafki z książkami: - Pękła z tyłu deseczka. Dorobiłem nową, patrzę, a w szafce, na podwójnej półeczce leży metalowa puszka. W środku dwa filmy! Ponad 60 naświetlonych klatek. Na negatywach tłum mieszkańców na Rynku i sowieckie czołgi, a dalej płonące wieże katedry, za dnia i w ciemnościach.
Śmielecki uśmiechnął się. Zrozumiał, co odnalazł.
Śmielecki wyjmuje aparat ze skrytki 21 stycznia 1945 r. Gniezno zajmują oddziały 44 brygady pułkownika Józefa Gusakowskiego z 1 armii pancernej gwardii gen. Michała Katukowa.
23 stycznia 1945 r. - dwa dni po wygnaniu Niemców - na Rynek wjeżdżają dwa sowieckie czołgi. Mieszkańcy zrazu przyjmują je przyjaźnie, ale widzą, że czołgi kierują lufy w stronę katedry.
Niedaleko katedry mieszkała wtedy Leokadia Karasiewicz (teraz Śmielecka).: - Gniezno było nienaruszone. Aż tu nagle we wtorek 23 stycznia żołnierze rosyjscy nam powiedzieli, że w katedrze są Niemcy i że trzeba ich wypędzić. Mieli czołgi, kazali nam odejść i zaczęli strzelać. Widziałyśmy, jak z wieży spadł zegar. Uciekłyśmy z kuzynką do domu. Takie strzelanie było, że aż się trzęsły mury! Stałyśmy w przejściach między pokojami, żeby się na nas sufity nie zapadły!
Ostrzał katedry rozpoczął się około 14 Julian Śmielecki, przyszły mąż Leokadii mieszkał wtedy na trzecim piętrze kamienicy przy gnieźnieńskim Rynku. Chwycił za aparat marki Weltix, który przez całą okupację trzymał w skrytce nad licznikiem gazu i zaczął robić zdjęcia. Śmielecki, rocznik 1916, był w czasie wojny kelnerem w restauracji dworcowej, współpracował ze Związkiem Walki Zbrojnej, potajemnie uczył też matematyki, fizyki i historii.
Zrobił z okna ponad 60 zdjęć. Musiał się bać, bo wiele ze zdjęć zrobił poprzez metalową, zdobną w kute liście balustradę balkonu. Na fotografiach uwiecznił dwa czołgi strzelające do wież katedry. Widać smugę dymu z lufy. Widać, jak pocisk trafia w krzyż z wieży północnej. Widać, jak płonie wieża, a potem pali się druga. Ostatnią partię zdjęć Śmielecki wykonał już po zmroku: ogromne płomienie liżą wieże i dach katedry.
Zaskakujące gniazdo karabinów W PRL nigdy nie napisano prawdy o ataku na katedrę. Wydana w 1947 r. - w 950. rocznicę śmierci św. Wojciecha - ,,Księga pamiątkowa" już nie mogła postawić kropki nad ,,i". Inteligentny czytelnik mógł jednak wywnioskować, kto odpowiadał za pożar katedry. "Od pocisków zapalających zajął się hełm wieży... a później ogień przeniósł się na belkowanie dachu. (...) palący się hełm z jednej z wież wpadł do wnętrza kościoła, niszcząc sklepienie przestrzeni międzywieżowej i wzniecając ogień na chórze muzycznym. Spłonęły wspaniałe organy gnieźnieńskie, jedne z najlepszych w Polsce. Od jednego pocisku zapalającego zapalił się dach nad częścią prezbiterialną kościoła od strony północnej. Tu spłonął mały chórek z drugimi organami w części prezbiterialnej. Stamtąd pożar przerzucił się na stalle w południowej części prezbiterium, które w znacznej części również się spaliły".
Osiemnaście lat później obowiązywała już oficjalna wersja o niemieckim ,,gnieździe karabinów maszynowych na wieży katedry", które musieli zniszczyć sojusznicy z Armii Czerwonej. ,,Dopiero działo ustawione na placu Bohaterów Stalingradu zmusiło ostatnich hitlerowców do milczenia. Płonące wieże oznajmiły mieszkańcom Gniezna koniec koszmarnej okupacji" - czytamy w ,,Dziejach Gniezna" pod redakcją nieżyjącego już poznańskiego historyka, prof. Jerzego Topolskiego (Warszawa 1965 r.).
Panie profesorze, jak to możliwe? Młody Wojtek Śmielecki, wówczas uczeń liceum, znał od ojca inną wersję. Na początku lat 70. wybrał się do gnieźnieńskiego Empiku na spotkanie z prof. Topolskim. - Wziąłem ze sobą książkę, w której profesor napisał o niemieckich karabinach maszynowych na wieży, i tę drugą - z 1947 roku. Zapytałem profesora, jak to możliwe, żeby tak się zmieniła historia. Profesor tłumaczył się, że to praca zbiorowa, że to nie on napisał o Niemcach - wspomina Śmielecki. - Za to, że zwróciłem uwagę profesorowi, miałem przekichane do końca liceum u nauczyciela geografii.
Marek Szczepaniak, kierownik oddziału Archiwum Państwowego w Gnieźnie. - Historia ostrzelania katedry przez Rosjan była w powojennym Gnieźnie tajemnicą poliszynela. Zbyt wielu było świadków tych zdarzeń. Ale w lokalnej prasie pisano o Niemcach, którzy rzekomo mieli się bronić na wieży katedralnej dwa dni po zajęciu miasta przez wojska sowieckie. Z drugiej strony materiały archiwalne, np. kroniki szkolne, już w PRL podawały tę oficjalną wersję o Niemcach w wątpliwość. Tym bardziej że Gniezno zostało zajęte przez Rosjan bez walki.
Płakali, pieśni religijne śpiewali Bogumił Bielecki, autor filmu dokumentalnego ,,Spalona katedra gnieźnieńska” (2006 r.): - Te wydarzenia okryto tajemnicą, bo do spalenia katedry przyczynili się również gnieźnianie. Świadkowie mi opowiadali, że tuż przed ostrzałem osoby z opaskami na rękawach, a więc
miejscowa milicja, nie dopuszczały mieszkańców w pobliże świątyni. Według moich informacji spalenie katedry było inscenizacją. Upozorowano walkę. Oddział żołnierzy radzieckich od strony kolegiat, strzelał w mury katedry. Rykoszety dawały błyski, które dla żołnierzy stojących na Rynku wyglądały jak ostrzał z katedry. Dwa czołgi z rynku odpowiedziały ogniem. Najpierw trafiły w trzymetrową figurę Matki Boskiej, potem w szczyty wież.