http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

"Czarny łabędź", czyli baletnica w matni

Paweł T. Felis
2011-01-21, ostatnia aktualizacja 2011-01-20 18:06

Czarny łabędź
Czarny łabędź

W kinach "Czarny łabędź" Darrena Aronofsky'ego. To brawurowa, ale pretensjonalna bajka o demonizmie sztuki ze świetną rolą nagrodzonej Złotym Globem Natalie Portman

Natalie Portman jako Czarny Łabędź
Czarny Łabędź
Natalie Portman jako Czarny Łabędź
Czarny łabędź
Czarny łabędź
ZOBACZ TAKŻE
Kino Aronofsky'ego karmi się obsesją ciała. Ciała, które uwiera i stawia opór, które trzeba oszukać lub "wytresować" - w imię nauki i filozoficznych pytań o sens ("Pi", "Źródło"), melancholijnej tęsknoty za inną, lepszą rzeczywistością ("Requiem dla snu") albo w imię teatralnego spektaklu, którym okazuje się zarówno wrestling ("Zapaśnik"), jak i - w najnowszym filmie - balet.

Mordercza praca, jaką na naszych oczach wykonuje w "Czarnym łabędziu" szykująca się do nowej roli baletnica Nina (Natalie Portman), sprowadza się właściwie do próby "uwolnienia" fizyczności. Klucza do Czajkowskiego (do sztuki w ogóle?) Aronofsky każe bohaterce szukać nie w bibliotece, ale w sypialni. Transowy taniec w klubie i "zakazany" seks stają się tak samo ważne, jak wyginanie palców i maltretowanie gruchoczących kości na próbach. Ale naturalizm "Czarnego łabędzia" jest tylko furtką, która prowadzić ma do odrealnionego świata wpadającej w psychozę bohaterki.

Schizofrenia Niny

Demoniczne halucynacje skrojone z lęków i kompleksów zaczynają nawiedzać Ninę w momencie, gdy dostaje szansę na wymarzoną rolę w "Jeziorze łabędzim" Czajkowskiego. Jest perfekcyjna technicznie, ale to za mało - reżyser nowojorskiego Lincoln Center chce powierzyć tej samej tancerce dwie role - Białego i Czarnego Łabędzia. Biel - a więc czystość, cnotliwość, dziewczęcość - Nina zagrać może bez trudu, ale problemy ma z czernią. Czy dziewczyna, która mieszka z matką, ma pokój w różach i trzyma na półkach stosy pluszaków, jest w stanie pokazać na scenie mroczną zmysłowość?

Film zaczyna się zresztą od sceny, w której Nina tańczy prolog do "Jeziora łabędziego". Za chwilę okazuje się to tylko marzeniem czekającej na swoją szansę baleriny. "Miałam zwariowany sen - tańczyłam partię Białego Łabędzia" - mówi do matki Natalie Portman. Cała fabuła jest właściwie snem, przywidzeniem dziewczyny, która uwierzyła, że dostała rolę życia i że będzie za to musiała zapłacić cenę.

Być może dlatego właśnie świat za kulisami baletu utkany został z samych niemal stereotypów. Jeśli jest w tym gronie reżyser (Vincent Cassel), to okaże się nim romansujący z tancerkami ponowoczesny Pigmalion i playboy, który zadaje bezpruderyjne pytania ("Czy lubisz seks?") i stosuje przewidywalnie niekonwencjonalne metody ("Masz zadanie domowe: musisz się trochę podotykać"). Jeśli Nina dostanie rolę, to poprzednia gwiazda Beth (Winona Ryder) musi ją stracić, na co zareaguje depresją, poalkoholowymi wybuchami złości i próbą samobójczą.

Nieodłączną częścią tego "snu o potędze" jest oczywiście wróg. Z Niną rywalizuje Lily (Mila Kunis), wyzwolona koleżanka z San Francisco, która zrobi wszystko, żeby pozycję dublerki zamienić na status gwiazdy. Z kolei w domu spektakl coraz bardziej agresywnej zazdrości urządza matka (Barbara Hershey) - niespełniona baletnica, która w oczach Niny zmienia się w potwora maniakalnie strzegącego rodzicielskiej władzy.

Sztuczna maskarada

Szaleństwo coraz bardziej odrywającej się od rzeczywistości bohaterki Aronofsky metodycznie uzasadnia: Nina wpada w schizofrenię, bo przestaje widzieć granicę między baletowym spektaklem a życiem. W domu i w teatrze staje się Białym Łabędziem (porcelanową cerę Portman podkreślają jeszcze białe stroje), którego wszyscy wokół chcą zniszczyć albo - jak obleśny staruszek w metrze - upokorzyć. Ale jeśli z kimś Nina walczy, to z samą sobą - na swojej drodze spotyka często (oczywiście ubrane w czerń) sobowtóry i nawet Lily okazuje się tylko jej niesfornym, odpychanym, lustrzanym odbiciem.

"Każdy film to dla mnie rodzaj puzzli: biorę historie, które usłyszałem, reżyserskie pomysły, które wydają mi się ciekawe, i próbuję złożyć je w całość" - mówił w jednym z wywiadów Aronofsky. "Czarny łabędź" przypomina właśnie zakrojoną na wielkie dzieło perfekcyjną układankę. Jej elementem są zdjęcia Matthew Libatique'a operujące głównie zbliżeniami, chwilami poetyckie, częściej odrealnione na wzór horrorów, muzyka Czajkowskiego przefiltrowana przez Clinta Mansella i nachalne, wizualno-fabularne kontrasty (biel i krew, scena i toaleta, gdzie uprawia się seks, wymiotuje albo dzwoni do matki).

Tyle że ta układanka nie działa. Film Aronofsky'ego przypomina boleśnie mechaniczny, pretensjonalny, jałowy koncept. Zgrabnie odrobione, ale też w pewnym sensie wymęczone zadanie matematyczne. Owszem, widać tu wyraźne inspiracje filmami Polańskiego, któremu Aronofsky chciał - jak twierdzi - złożyć hołd. Ale to hołd mocno wykalkulowany.

Nie ma tu miejsca na fabularną nieprzejrzystość "Dziecka Rosemary", a w przeciwieństwie do "Wstrętu" i "Lokatora" schizofreniczne szaleństwo okazuje się w "Czarnym łabędziu" sztuczną maskaradą. Brakuje też zmysłu inteligentnej ironii, której nie zastąpią slapstickowe żarty w rodzaju zginających się nagle nóg upodabniającej się do łabędzia Niny.

Portman się zatraca

Aronofsky jest oczywiście reżyserem świadomym i świadomie podpatruje innych - coś weźmie z braci Dardenne (jak spoglądanie na bohaterkę - podobnie jak w "Zapaśniku" - z perspektywy pleców), coś z Hanekego ("Pianistka"), trochę z Polańskiego i trochę z Dostojewskiego (jedną z inspiracji był "Sobowtór"). Tym bardziej trudno nie patrzeć na "Czarnego łabędzia" jak na efekt zmagania się reżysera z samym sobą, dojścia do ściany, za którą - czy to przypadek? - czeka planowana realizacja "Wolverine" o komiksowym herosie, pierwszej w dorobku Aronofsky'ego, hollywoodzkiej superprodukcji.

Jego filmy - co pokazały już debiutanckie "Pi" i "Requiem dla snu" - zawsze były efektowne, brawurowo zrealizowane, choć w sensie psychologicznym - mimo fabularnych komplikacji - dość proste. Jeśli Aronofsky porozumiewał się z widzem, to przez emocje i zmysły. Ostatnio nie tylko jednak zaczął rezygnować z wideoklipowych błyskotek, ale też przestał sam pisać scenariusze. Rozczarowanie? Jeśli tak, to jego ślady wyraźnie widać również w "Czarnym łabędziu".

"Musisz się w tym zatracić!" - mówi do Niny Vincent Cassel, jakby wypowiadał w ten sposób credo samego Aronofsky'ego. I jednocześnie je ośmieszał, bo przecież proces tworzenia okazuje się w filmie upokarzającą, masochistyczną autoterapią i aktem skrajnego narcyzmu. W planowanym spektaklu "Jeziora łabędziego" nie chodzi o wielką sztukę, ale erotyczną grę, kompulsywną walkę o sukces, zwykłą zazdrość i zasadę "po trupach do celu". Zatem kino jako wielkie złudzenie, które w kolorowej formie sprzedaje banał?

W pewnym sensie potwierdza to imponująca, zagrana z wyjątkowym poświęceniem rola Natalie Portman, która w filmie uporczywie odarta zostaje z urody i wdzięku. Jest przeraźliwie wychudzona, sprowadzona do roli baletowego narzędzia odmawiającego posłuszeństwa i pokonywanego ostatkiem sił ciała. Zupełnie jak Nina Natalie perfekcyjnie realizuje plan reżysera - jest albo płaczliwą dziewczynką, albo demonicznym wampem. Niemal na naszych oczach spala się dla roli, ale to wysiłek wart innego, lepszego filmu. I oczywiście wart Oscara, którego Portman może być niemal pewna.

"Czarny łabędź", reż. Darren Aronofsky, USA 2010, dystr. Imperial Cinepix

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 57 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    56 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':