http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pacjenci bez granic od 2013 r.

Tomasz Bielecki, Bruksela, Judyta Watoła
2011-01-20, ostatnia aktualizacja 2011-01-19 20:27

Badanie wzroku w krakowskiej klinice przy ul. Zwierzynieckiej.
Badanie wzroku w krakowskiej klinice przy ul. Zwierzynieckiej.
Fot. Mateusz Skwarczek / AG

Na usunięcie żylaków sąsiadka jedzie na Słowację. W kolejce do polskiego okulisty czekają Niemiec i Czeszka. Taka ma być przyszłość dzięki unijnej dyrektywie o ponadgranicznej opiece zdrowotnej. W Polsce na nowym prawie najwięcej zyskać mogą lekarze



"Medyczna strefa Schengen" - tak przyjętą wczoraj dyrektywę nazwali europosłowie - zacznie działać w drugiej połowie 2013 r. - Europejczycy zrozumieją, że Unia Europejska jest im naprawdę potrzebna. Nie zajmuje się bowiem wyłącznie bankami czy wolnym handlem, lecz także wygodą i zdrowiem zwykłych śmiertelników - mówi francuska europosłanka Françoise Grossetete, która negocjowała nowe prawo.

Idea dokumentu jest taka - dać prawo pacjentom prawo do swobodnego wyboru miejsca leczenia. Powód: kolejki to nie tylko bolączka polskich pacjentów. Nawet Niemcy muszą czekać w kolejce do specjalisty. W Hoyerswerdzie, mieście położonym niedaleko granicy z Polską w kolejce do jednej z poradni okulistycznych trzeba czekać nawet dwa lata.

Gdy zachorujemy nagle, np. na wakacjach w Austrii złamiemy nogę, NFZ już teraz pokrywa koszty. Ale nowa dyrektywa sprawia, że dostaniemy zwrot - przynajmniej częściowy - kosztów tzw. planowego leczenia.

Po miesiącach sporów, lęków - m.in. Polski - o wielki wzrost kosztów leczenia dyrektywa raczej uchyla, niż otwiera szeroko drzwi do gabinetów lekarskich w UE. Nadal będziemy musieli ubiegać się o wcześniejszą zgodę NFZ, jeśli leczenie za granicą będzie wymagało pozostania w szpitalu na co najmniej jedną noc. Albo chodzić będzie o leczenie "hi-tech" - wysokospecjalistyczne i bardzo kosztowne. NFZ będzie mógł nam też odmówić zwrotu kosztów, jeśli uzna, że jakieś świadczenie stanowi dla nas zagrożenie, albo jeśli znajdzie w Polsce szpital, który przeprowadzi ten sam zabieg bez kolejki.

Batalie będą się teraz toczyć o to, jak w rozporządzeniach do dyrektywy zdefiniować "uzasadnione oczekiwanie" na zabieg - czyli jak długo chory Polak musi czekać, by kwalifikować się do wyjazdu na operację za granicę.

Do czego więc zgoda NFZ nie będzie już potrzebna?

Niemiecki rezonans, polska cena

Bez wcześniejszych uzgodnień z ubezpieczycielem można iść na wizytę do specjalisty w Paryżu czy badania w Rzymie. NFZ zwróci nam jednak tylko tyle pieniędzy, ile płaci polskim placówkom za taką usługę. Jeśli więc na tomografię wybierzemy się do Niemiec, gdzie stawki są wyższe, różnicę będziemy musieli pokryć z własnej kieszeni.

Ponieważ większość badań czy operacji za granicą wyceniona jest o wiele wyżej niż w Polsce, ani Ministerstwo Zdrowia, ani NFZ nie obawiają się, że nagle tysiące chorych wybierze szpitale i poradnie za granicą. Zwłaszcza że znaczna część pacjentów czekających w kolejkach to ludzie starsi, których nie stać na taką podróż.

Dr Adam Kozierkiewicz, ekspert w dziedzinie ekonomiki zdrowia, ocenia, że wydatki NFZ na leczenie polskich chorych zagranicą co najwyżej się podwoją. Mogą więc wrosnąć z dzisiejszych 400 do 800 mln zł (1,5 proc. budżetu NFZ).

- Zachwiać budżetem NFZ może co innego: dyrektywa czytana razem z konstytucją - uprzedza Kozierkiewicz. - Skoro pacjent może sobie wybrać jako miejsce leczenia dowolną placówkę na terenie UE, może to być również szpital czy poradnia w Polsce. W przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z nierównym traktowaniem podmiotów.

Gdy więc publiczna poradnia wyznacza odległy termin do specjalisty, moglibyśmy iść do innego - prywatnie. I zażądać od NFZ zwrotu kosztów. To samo z badaniem diagnostycznym czy zabiegami, na które długo się czeka, jak operacje zaćmy. - Tego budżet NFZ może nie wytrzymać - ostrzegała w zeszłym roku minister Ewa Kopacz.

Przez takie obawy w dyrektywie zapisano, że każde z państw może ograniczyć "ruch pacjentów", o ile uzna, że wymaga tego publiczny interes. - Także traktat lizboński gwarantuje nam prawo do samodzielnego kształtowania polityki zdrowotnej. Przystosowując nasze przepisy do dyrektywy, minister zdrowia będzie więc mógł powołać się traktat - mówi Piotr Olechno, rzecznik resortu zdrowia.

Zgodnie z dyrektywą NFZ nie będzie też musiał zwracać pieniędzy za świadczenia w placówkach niewchodzących do "publicznego systemu opieki zdrowotnej". Jeśli więc nie mamy ochoty czekać na zabieg miesiącami i umówimy się w prywatnym szpitalu, który działa bez kontraktu z NFZ, Fundusz najprawdopodobniej nie zwróci nam za to ani grosza.

- To może się wydawać niekorzystne dla pacjentów, ale dla systemu jest dobre. W przeciwnym razie każdy najmniejszy gabinet, szpitalik robiłby wszystko, żeby na NFZ zarobić, mnożąc wizyty i zabiegi - mówi Anna Knysok, była wiceminister zdrowia.

Wszystkie szczegóły - możliwości i ograniczenia - poznamy dopiero z rozporządzeń do dyrektywy, które kraje UE muszą teraz przygotować. - Skutki przyjęcia tego dokumentu będziemy dopiero analizować - informuje Andrzej Troszyński z biura prasowego NFZ.

Turystyka medyczna

Lekarze liczą na ruch pacjentów w druga stronę - do Polski. - Już teraz, zwłaszcza na terenach graniczących z Niemcami, specjaliści mają pacjentów zza Odry. Kiedy dyrektywa wejdzie w życie i niemieckie kasy chorych zaczną swoim ubezpieczonym zwracać za takie wizyty pieniądze, będzie ich z pewnością jeszcze więcej, także w głębi kraju - cieszy się Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej.

Prywatne wizyty u polskich specjalistów sa tańsze niż w innych krajach. Taniej wycenione są też badania i zabiegi w szpitalach. Zachodni ubezpieczyciele mogą więc chętnie finansować operacje w Polsce. Ponieważ wydadzą mniej niż w swoim kraju, mogliby nawet dokładać swoim pacjentom do podróży i hotelu w Polsce.

A co, jeśli zaleją nas "turyści medyczni" i przez nich nasi obywatele będą dłużej czekać na zabieg? - pytała Polska i inne nowe kraje UE. W dyrektywie zapisano, że w takich skrajnych wypadkach można zapewnić pierwszeństwo krajowym pacjentom. Poza tym długie oczekiwanie na operację w Polsce spowodowane jest limitem finansowym nałożonym przez NFZ (np. szpitalowi wolno zrobić tylko 20 endoprotez miesięcznie), a nie brakiem mocy przerobowych czy sprzętu.

- To prawo dobre dla pacjentów i dla systemu w Polsce. To będzie ekonomiczny bodziec, by drogie maszyny diagnostyczne wszędzie pracowały po godz. 15. Inaczej Polacy pojadą na badanie za granicę, a NFZ i tak zapłaci - mówi europosłanka Elżbieta Łukacijewska z PO.

Leki z każdej apteki

Dyrektywa oznacza też wzajemną uznawalność recept. Polak będzie mógł wykupić leki w innym kraju UE. Lekarze będą więc zapewne wpisywać na receptach nazwy chemiczne, a nie tylko markowe. Nie wiadomo jednak, jakie będą tego koszty. - Z dyrektywy nie wynika, kto i komu będzie za to płacił - mówi Stanisław Piechula, szef Śląskiej Izby Lekarskiej.

W UE trwają prace nad prawem o cyfryzacji dokumentacji medycznej (jeśli zostanie przyjęte, wdrożenie zajmie wiele lat). Każdy miałby w internecie konto ze swoją historią medyczną. Lekarz, który widzi pacjenta pierwszy raz w życiu, będzie mógł się zorientować, czy jest on na coś uczulony, na co się leczył. A chory nie będzie musiał podróżować z kompletem zdjęć rentgenowskich i wyników krwi.

Ilu Polaków leczyło się dotychczas w innym kraju UE? Według badań ok. 4 proc. Polaków, co jednak obejmuje także wypadki nagłe (np. na stoku narciarskim). Komisja Europejska szacuje, że obecnie tylko 1 proc. wydatków i wyjazdów pacjentów w UE to leczenie ponadgraniczne - w sumie ok. 10 mld euro. I ta kwota - jak zapewnia Bruksela - nie powinna się znacznie zwiększyć (prognozy mówią o dodatkowych zaledwie 30 mln euro).

Każdy kraj UE musi stworzyć co najmniej jedno centrum konsultacyjne, które będzie udzielać informacji o możliwościach leczenia zagranicznego. Ośrodki będą się wymieniać informacjami. Pacjenci dowiedzą się w nich, jak i gdzie mogą się leczyć, gdzie nie ma kolejek, ile zapłaci za leczenie NFZ, a ile muszą wyłożyć z własnej kieszeni oraz jak - w razie czego - ubiegać się o odszkodowanie za błędy lekarskie.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':