Komisja edukacji w Sejmie dyskutuje nad nowelizacją ustawy o szkolnictwie wyższym. Ustawa należy do rządowego pakietu tzw. ofensywy jesiennej, a to znaczy, że ma przejść przez parlament w trybie błyskawicznym. Jest po pierwszym czytaniu, a posłowie z komisji edukacji pracują nad nią dzień w dzień. I łagodzą zmiany, na których zależało minister nauki Barbarze Kudryckiej.
Po pierwsze - znieśli limit przyjęć na
studia.
Do filozofii reformy należało, żeby uczelnie nie ratowały swoich budżetów, "pompując" przyjęcia na najbardziej popularne
kierunki studiów, zwłaszcza humanistycznych. Chodziło o to, żeby ukrócić "nadprodukcję" na kierunkach, których absolwenci nie mogą znaleźć pracy. To od ministerstwa miało zależeć, czy uczelni będzie wolno podnieść liczbę studentów (na studiach dziennych szkół publicznych) o więcej niż 2 proc.
Jednak posłowie - głosami
PiS i
SLD - ten zapis wykreślili.
- To zasada uczciwej konkurencji - tłumaczyła
Krystyna Łybacka (SLD).
Ale zdaniem minister Kudryckiej był to jeden z najważniejszych zapisów nowej ustawy.
- Finansowanie uczelni publicznych według rosnącej liczby studentów to ssanie budżetu państwa - powiedziała posłom.
Co teraz zrobi?
- Będziemy o to walczyć - zapowiada rzecznik resortu Bartosz Loba.
- Nie zgadzamy się ze zmianą, będziemy wnosić poprawki, jak nie w Sejmie, to w Senacie - mówi Agnieszka Kozłowska-Rajewicz (PO).
Kolejny bastion minister Kudryckiej - opłaty za więcej niż jeden kierunek studiów - też został nadszarpnięty.
Miało być tak: każdy student studiów dziennych na uczelni publicznej dostaje jedną szansę na uczenie się bez opłat. To znaczy - liczbę punktów do wykorzystania, która wystarczy na przejście jednego kierunku studiów dziennych (plus jeden semestr na ewentualną zmianę). Jeśli nie zda, przeniesie się albo zdecyduje na drugi fakultet - zapłaci za to. Wyjątek - 10 proc. najlepszych studentów na każdym kierunku.
Wczoraj posłowie przyjęli poprawkę - warunkiem darmowego drugiego fakultetu jest stypendium naukowe na pierwszym albo na drugim kierunku studiów. Co znaczy, że z przywileju będzie mogło korzystać o wiele więcej studiujących niż w założeniach. Ograniczenia jednak nadal dotyczą tych, którzy będą chcieli studia zmieniać - ci za drugi kierunek będą musieli płacić.
Kolejne ustępstwo minister - kariera naukowa. Nie stracą pracy asystenci i adiunkci bez wymaganych stopni naukowych (kolejno - doktora i doktora habilitowanego). Dostaną jeszcze dziesięć lat na uzupełnienie tych wymagań. Nowo zatrudniani pracownicy naukowi będą mieli osiem lat na zdobycie stopnia odpowiedniego do poziomu kariery na uczelni. Inaczej tracą pracę.
Sejmowa komisja usunęła też zapis, że państwowe wyższe szkoły zawodowe będą musiały tworzyć konwenty z członkami spoza uczelni (np. przedstawicielami pracodawców lub władz samorządowych). Konwenty miały doradzać w zarządzaniu. Chodzi o ściślejszy kontakt uczelni z rynkiem pracy.
Posłowie przyjęli jednak zmianę, że nie będzie już dyplomów państwowych - każda uczelnia ma mieć własny i walczyć o swoją markę.
Kolejna wielka dyskusja w Sejmie będzie dotyczyła procedury związanej z habilitacją oraz ograniczenia pracy na kilku etatach i zatrudniania członków rodzin na uczelniach.