W debatach o sankcjach Unii Europejskiej wobec Białorusi sprawą najważniejszą nie jest opór Włochów (chyba już przełamany) czy niechęć Litwinów wobec zbyt ostrego potraktowania Aleksandra Łukaszenki, lecz pokusa machnięcia ręką na Białoruś i całe unijne Partnerstwo Wschodnie.
Kraje Partnerstwa, czyli
Armenia,
Azerbejdżan, Białoruś,
Gruzja,
Mołdawia oraz
Ukraina, kiepsko radzą sobie i z demokratyzacją, i z reformami gospodarczymi. Wzmacnia to argumenty przeciwników zakorzeniania zachodnich wartości na obszarze dawnego ZSRR, którzy nie chcą też zadrażnień z Rosją.
Partnerstwo Wschodnie, program promujący m.in. prawa człowieka, ma rzeczywiście problem z wiarygodnością. W swym rankingu demokracji "The Economist" uznał Azerbejdżan obok Białorusi za kraj autorytarny, a Armenia oraz Gruzja trafiły do kategorii ustrojów hybrydowych, czyli mieszanek wadliwej demokracji oraz autorytaryzmu.
Także zdaniem OBWE ubiegłoroczne wybory w Azerbejdżanie nie spełniły standardów demokratycznych (m.in. ze względu na zatrzymania dziennikarzy), a Armenii wciąż pamięta się wybory prezydenckie z 2008 r. (jeszcze przed powstaniem programu Partnerstwa). Wtedy to pokojowe demonstracje przerodziły się w starcia z milicją, w których zginęło 10 osób, a ponad stu manifestantów trafiło do więzień.
Europosłowie próbują już od blisko roku powołać parlament Partnerstwa Wschodniego (Euronest), ale jest problem z delegatami z parlamentu białoruskiego. - Zostali wybrani niedemokratycznie i dlatego powinni być zastąpieni niezależnymi przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego - tłumaczą eurodeputowani odpowiedzialni za Euronest. Tak jakby parlament Azerbejdżanu był wybrany demokratycznie.
Kiedy przed kilkoma miesiącami w Brukseli pojawił się list szefów pięciu parlamentów krajów Partnerstwa popierających udział białoruskich posłów w Euroneście, pojawiły się nawet hipotezy, że Mińsk sfałszował ich podpisy. Więc w imię obrony demokracji Bruksela odłożyła inaugurację Euronestu, ale tak naprawdę bała się, że delegaci ze Wschodu uchwalą zaproszenie dla ludzi Łukaszenki.
Solidarność uczestników Partnerstwa Wschodniego z Białorusią ma różne przyczyny. Gruzinów Mińsk szantażuje, że uzna niepodległość Abchazji i Osetii Płd., Mołdawian nęci kontraktami gospodarczymi, a Ormian przekonuje, że lepiej nie pozwalać obcym na mieszanie się w sprawy wewnętrzne.
Za jaśniejsze punkty Partnerstwa Wschodniego uważano do niedawna Kijów i Tbilisi, ale widać, że te kraje nie idą drogą transformacji Europy Środkowej z lat 90. - nawet na pomarańczowej Ukrainie z lat 2005-10 pluralizmowi politycznemu nie towarzyszyły reformy ekonomiczne i walka z korupcją. Gruzja z kolei pnie się w rankingach konkurencyjności gospodarczej, lecz ma coraz gorsze notowania, jeśli chodzi o wolności polityczne (103. miejsce w rankingu demokracji!).
"Twardo obstawać przy demokratyzacji czy układać się na Wschodzie nawet z dyktatorami?" Pytanie, o które ostro spierano się w Brukseli jeszcze w 2010 r., dziś nie budzi już wielkich emocji. Jednym braknie zapału, inni nie wierzą w sukces, a są i tacy, którzy po prostu nie chcą podważać pozycji Rosji w kilku krajach należących do Partnerstwa i woleliby zamknąć Unię na dialog z Białorusią.
Ale zwolennicy wszystkich wymienionych rozwiązań nie odrzucają teraz sankcji wizowych czy gospodarczych wobec Mińska. Nikt z nich nie ma jednak sił bądź ochoty, by jednocześnie zajmować się grantami dla białoruskich studentów czy wspieraniem niezależnych polityków. Czyli sprawami promowanymi na razie tylko przez kilka krajów, w tym Polskę.