Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Panie marszałku, czego świat wielkich finansów mógłby nauczyć ludzi układających budżety domowe? - pytam Marka Borowskiego, posła, niegdyś marszałka Sejmu, wicepremiera i ministra finansów.
- Ci, którzy mają mało pieniędzy, wiedzą, jak oszczędzać. A ci, którzy mają więcej, nie powinni udzielać im rad.
- Ale pytam nie o oszczędzanie, tylko o to, jak tworzyć budżet rodzinny. Lepsze są dwa osobne konta czy jedno wspólne?
- Jeżeli ma to być wspólne gospodarowanie, to lepiej z jednej kupki. Chociaż ja pokrywam wydatki stałe, a resztę pieniędzy oddaję żonie. A jak potrzebuję na coś, to mówię i dostaję.
- Żona jest w pana domu ministrem finansów?
- Na pewno. Prezesa
NBP nie mamy, zamiast niego jest dwuosobowa Rada Polityki Pieniężnej wybrana na nieokreśloną kadencję, która planuje inwestycje długofalowe. I jeszcze premier, który określa bieżące kierunki.
- Kto jest u państwa premierem?
- Wymiennie. Jak trzeba kupić odkurzacz albo żelazko i znaleźć odpowiednią proporcję między ceną i jakością, to ja. A w kwestiach obuwia, ubrania decyduje żona.
- O pańskich ubraniach też?
- Zwłaszcza o moich. Inaczej nie wyglądałbym dobrze. Premier powinien być kolegialny. A kto będzie ministrem finansów na bieżąco administrującym kasą, to sprawa drugorzędna.
Ewa: Chciałam pralkę, a on nieEwa (40 lat, miesięczny budżet ok. 3 tys. zł) miała z mężem wspólne konto. W cudownych dla biznesu latach 90. założyli spółkę w branży ogrodniczej (w 80 proc. należała do niej). - Kiedy zdobywaliśmy miejsce na rynku, mieliśmy wspólny cel. Kiedy z firmy zaczęły płynąć pieniądze, zaczęły się problemy.
On miał pensję 15 tys. zł, ona comiesięczny odpis też 15 tys. - Ja utrzymywałam rodzinę, inwestowałam w drugi zakład, wybudowałam dom. A on? Jak zobaczyłam wrzucone w koszty reprezentacyjne firmy faktury ze sklepów z damską bielizną, to wiedziałam, na co wydaje - opowiada Ewa. - Starał się tak dowartościować. Bo ja byłam młodsza, z pomysłami, szefowa w firmie, nie mógł tego znieść.
Kiedy Ewa urodziła dziecko, mąż przelał pieniądze ze wspólnego konta na swoje. - Musiałam prosić o pieniądze na kosmetyki. Chciałam płaszcz, a on - po jaką cholerę, skoro mam tyle kurtek. Chciałam pralkę, a on, że jego matka czwórkę dzieci wychowała bez pralki.
Wtedy Ewa założyła własne konto. - Każda kobieta powinna mieć swoje konto. Z szacunku dla samej siebie - uważa dziś.
Potem był rozwód, bankructwo firmy, upadek kolejnej. Ewa przeprowadziła się z Mazur do Warszawy. Nie jeździ już autem z salonu, tylko tramwajami, kupuje produkty z niższej półki i denerwują ją dekoracje świąteczne.
Katarzyna: Czasem coś kupię i ukrywam- Po urodzeniu dzieci pracowałam na pół etatu i czułam się jak nędzarz. Ciuchów prawie nie kupowałam, fryzjer raz na trzy miesiące, książka czy płyta podobnie - opowiada Katarzyna z Torunia (35 lat, budżet rodzinny ok. 10 tys. zł). - Mąż niczego mi nie zabraniał, tylko informował o stanie konta. Raz się pokłóciliśmy, czy kupić pralkę, czy telewizor. Mąż mi potem powiedział: "Albo przestań marudzić, albo zmień pracę". Zmieniłam, on awansował, spłaciliśmy mieszkanie i stanęliśmy na nogi.
Mają jedno konto, nie muszą liczyć każdej złotówki, ale uzgadniają większe wydatki. Czasem mąż mówi Katarzynie, że musi się wstrzymać z ciuchami, bo trzeba pomalować kuchnię albo zapłacić ubezpieczenie za samochód. Z jedzeniem nie szaleją, wakacje tylko w Polsce, zgodnie wydają na dzieci (szkoła społeczna, wycieczki, treningi), Katarzyna na książki, a jej mąż na płyty.