Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Była pani nominowana do najważniejszych nagród literackich: Cogito, dwa razy do Angelusa i do ostatniej Nike. Przez 15 lat wydała pani 13 tomów poezji i prozy. Czy to możliwe, że nigdy nie dostała pani za nie honorarium?- O, przepraszam! Pięć lat temu dostałam 280 złotych za humoreskę "Kto to jest ten Jan Olik?" od Oficyny 21. Generalnie jednak wchodzę na rynek przez wytrych. Albo znajdę sponsora na druk, albo zaprzyjaźnione wydawnictwo jak Borussia z Olsztyna czy raz Ruta Olgi Tokarczuk wyda mnie na własny koszt, ale w niewielkim nakładzie, no i zwykle bez wynagrodzenia dla mnie.
Nikt nie proponuje pani normalnej umowy: zaliczka, procent od zysków?- Dla większości wydawnictw nie jestem atrakcyjna. "Rozdziały", tomik poezji nominowany później do nagrody Cogito, zaproponowałam pewnej oficynie w Krakowie. Rozmawiam przez telefon z szefem, on mówi: "Dobrze, niech pani nam to przyśle", ale zaraz jego żona wyrywa słuchawkę i krzyczy do mnie: "Nie, nie! My tu mamy swoich poetów".
"Rzeczy uprzyjemniające. Utopię", powieść nominowaną do Nike, wysłałam najpierw do Świata Książki - nie odpisali, wysłałam do W.A.B. - nie odpowiedzieli. Inni, kiedy opowiadałam im przez telefon, że to będzie taka babska opowieść, alternatywna historia ludzkości z punktu widzenia kobiet, że będzie trochę kobiecego słowotwórstwa, ale czytelnego, i jeszcze sporo humoru, od razu mówili: nie.
Pisze pani w sposób kompletnie niekomercyjny. To literatura pełna eksperymentów formalnych i neologizmów. Szerokiej publiczności raczej nie ma szans się spodobać.- Jeśli chodzi o tak zwaną szeroką publiczność, to mi w tle zaraz staje Hitler. On to dopiero miał nakłady!
Nie piszę, żeby się komuś podobać. Piszę w pewnym sensie dla samej literatury. Uparłam się. Nie zrezygnuję z mojego stylu, którego szukałam wiele lat, a którym chcę zaznaczyć w literaturze moją żeńskość. Jestem pisarką nieprzyjmującą męskiego oglądu świata. Mówię: "To się zużyło, wy macie ciągle ten archaiczny pogląd na pewne sprawy. Już skończylibyście z tym". Czy to jest takie złe?
Wie pani, ile wysiłku kosztowało mnie znalezienie odpowiedniego dla mnie języka polskiego, który by oparł się na bliskiej mi melodyce białoruskiej. A potem lokalna dziennikarka mówi mi: „Pani Tamaro, ja nawet nie czytałam tej pani »Utopii «, bo to takie skomplikowane. Ja wolę rzeczy proste”. Czy to nie jest proste? Że ja tu robię neologizmy takie zabawne?
Po nominacji do Nike coś się ruszyło? - Wiadomość z ostatniej chwili! Po raz pierwszy moje wydawnictwa Borussia postanowiło przyznać mi honorarium za mój nowy tomik sonetów "Ceremonia węglowa", który ukazał się na rynku w grudniu. Koleżanka, jak usłyszała ten tytuł, mówi: "To ty o górnictwie teraz piszesz?". Jakim górnictwie! W "Ceremonii" idę przez cienką granicę pomiędzy życiem a śmiercią, czyli przez węgiel, który raz jest czerwony, kiedy płonie, a w stanie zimnym jest oczywiście czarny.
Dostałam zaliczkę za "Ceremonię" i to na pewno zasługa nominacji dla "Utopii". Przyjaźnie odnotowały ją także olsztyńskie media. Natomiast tutejsze tak zwane środowisko literackie "Utopii" w ogóle nie zauważyło. Nikt mi nawet nie pogratulował. Tutaj sami faceci. Dla nich ja jestem obca, trochę Białorusinka, trochę Tatarka. "My nie rozumiemy, o czym pani pisze. Tu ma być po piastowsku" - tak mi ktoś kiedyś powiedział. Ja zresztą już do nich nie należę. Przeniosłam się z olsztyńskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich do warszawskiego. Teraz mi zarzucają, że się uważam za nie wiadomo kogo.
Trochę ich pani naobrażała. Pamiętam, jak raz publicznie zarzuciła pani grafomanię kolegom po piórze nominowanym do Nagrody Marszałka Warmii i Mazur. Pani wówczas nie nominowano.- Bo to była grafomania. To było trujące. Nie mówiłam tego z zawiścią. W dodatku w kapitule siedzieli wyłącznie mężczyźni, i to prawie sami pisarze. Tak nie powinno być.
Nie dostaje pani honorariów, omijają panią nagrody. To jak pani trwa?- Z kubeczkiem, z gąbeczką. Oszczędzamy z mężem wodę. Gorącej staramy się za często nie odkręcać, podgrzewamy zimną na gazie, bo gaz mamy wliczony w czynsz. Wieczorami czytam przy minimalnej lampce. Górne światła włączam tylko wtedy, kiedy nie mogę czegoś znaleźć. Używam też świeczek. Otrzymywałam kiedyś dary od Niemców i w tym dużo świeczek. Żyjemy z emerytury męża, 1200 złotych. Czasem wpadnie mi kilkaset złotych za eseje, które pisuję do "Czasopisu", pisma polskich Białorusinów. Na napisanie "Utopii" i cyklu rozmów "Co dobrego było w PRL-u" otrzymałam stypendium z Ministerstwa Kultury. Raz dostałam zasiłek z pomocy społecznej.
Schudłam ostatnio 15 kilo, bo narzuciłam sobie także reżim w diecie. Muszę oszczędzać na internet. Bez internetu nie mogłabym pisać, a bez pisania nie mogłabym żyć. No i na leki. Od śmierci młodszej córki jadę cały czas na psychotropach.
Jest pani w stanie mieszkać w tym mieszkaniu?- Nie jest łatwo zmienić mieszkanie w Olsztynie. Początkowo myślałam, że nie wytrzymam. Codziennie, wychodząc z klatki, mijam miejsce, gdzie leżała Marcela. Ale widać i do tego można się przyzwyczaić.