Ogłaszając zniesienie części ograniczeń w kontaktach
USA -
Kuba, prezydent
Barack Obama zapowiedział, że celem takiej polityki jest przyspieszenie i ułatwienie demokratyzacji na wyspie rządzonej przez braci Fidela i Raula Castro.
Obama zezwolił każdemu Amerykaninowi na wysłanie raz na kwartał 500 dol. dowolnie wybranemu Kubańczykowi, za wyjątkiem dygnitarzy rządu i partii komunistycznej. Dotąd takie przekazy mogli swoim rodzinom wysyłać tylko kubańscy imigranci w Stanach Zjednoczonych. Kilka miesięcy temu Obama zniósł także ograniczenia tej rodzinnej pomocy wprowadzone za prezydentury George'a Busha.
Amerykanie będą teraz mogli łatwiej jeździć na Kubę, chociaż swobodnych podróży turystycznych Obama nie przywrócił - wyspę będą mogli odwiedzać przede wszystkim nauczyciele, wykładowcy, studenci, artyści czy księża. Samoloty czarterowe na Kubę, które dziś latają tylko z Miami, Los Angeles czy Nowego Jorku, będą teraz mogły latać z dowolnego międzynarodowego lotniska w USA.
Kubański reżim wyraził zadowolenie, ale przypomniał, że to wciąż za mało i domaga się całkowitego zniesienia embarga na handel z Kubą wprowadzonego dwa lata po rewolucji w 1959 roku, kiedy
Fidel Castro ogłosił, że na wyspie zapanuje ustrój komunistyczny. Hawana oświadczyła przy tym, że wie dobrze, iż Waszyngton, łagodząc rygory finansowe, ma na celu "wzmocnienie działalności wywrotowej i ingerencji w wewnętrzne sprawy Kuby".
Ale rząd w Hawanie nie mówi już jednym głosem. Minister kultury Abel Prieto był o wiele bardziej pojednawczy. - My zawsze byliśmy za tym, by embargo było jakkolwiek przełamywane. To pomoże złamać stereotypy na temat Kuby w USA oraz stereotypy, które my sami wytworzyliśmy na temat USA na Kubie - oświadczył w Hawanie dziennikarzom zagranicznym.
Demokratyczna opozycja kubańska oraz zwykli Kubańczycy zareagowali na reformy Obamy z entuzjazmem. Dla nich jest jasne, że taka pomoc, choćby kilkusetdolarowa, będzie trafiać wprost do rąk tysięcy zwykłych Kubańczyków i może im pomóc związać koniec z końcem, a nawet wspomóc prywatną przedsiębiorczość. Pogrążony w zapaści finansowej reżim braci Castro rozpoczął od początku stycznia masowe zwalnianie pracowników sektora państwowego. W tym roku straci pracę pół miliona osób zatrudnionych w administracji oraz państwowych zakładach pracy, a w ciągu trzech lat - aż 1,3 mln, czyli jedna czwarta zatrudnionych przez państwo.
Żeby ludzie mogli jakoś przeżyć, władze zezwalają im od tego roku na masowe otwieranie małych rodzinnych firm prywatnych - od barów i restauracji po warsztaty rzemieślnicze, samochodowe, szewskie czy salony fryzjerskie. Do tej pory ponad 75 tys. Kubańczyków złożyło wnioski o pozwolenie na otwarcie własnej firmy. Najbardziej brakuje im zaś kapitału, więc pieniądze od rodzin z zagranicy czy innych darczyńców są dla nich życiową szansą.
Sam reżim w Hawanie postanowił zachęcić licznych i bogatych emigrantów kubańskich w USA, gdzie mieszka ich ponad 1,5 mln, do wspomagania rodzin na wyspie, znosząc od 1 stycznia 10-proc. podatek na przekazy pieniężne. Wysyłka pieniędzy od razu podskoczyła w górę.
Powodem kubańskiej reformy jest zupełny upadek gospodarki, która w 90 proc. jest państwowa, coraz mniej produkuje i eksportuje i coraz więcej musi importować, ale ma na to coraz mniej pieniędzy. Prezydent Raul Castro tłumaczył posłom na grudniowej sesji parlamentu, że tylko radykalne reformy uratują Kubę i opowiadał, jak to po wycofaniu armii USA z Wietnamu Hawana uczyła Wietnamczyków uprawy kawy.
- Dzisiaj Wietnam jest jednym z największych eksporterów kawy, a Wietnamczycy pytają mnie: "Jak to jest możliwe, że wyście uczyli nas kiedyś uprawy kawy, a dzisiaj musicie ją od nas kupować?" - mówił Castro.
Kubę przy życiu utrzymują jeszcze liczące kilka miliardów dolarów dotacje zaprzyjaźnionej Wenezueli,
turystyka i eksport nielicznych towarów, jak tytoń czy nikiel. Reżim chce, by w 2016 r. w sektorze prywatnym pracowała połowa dorosłych Kubańczyków.