"Uwielbiam się bawić, uśmiechnięty, towarzyski, i lubię poznawać nowych ludzi. Nie upijam się (...) - reklamuje się Valthol z Rudy Śląskiej, który niedawno wystawił się na internetową aukcję jako partner na studniówkę. Dołączył zdjęcia. Zainteresowanych było kilkanaście maturzystek. Ta, która wygrała, zaoferowała 53 zł plus koszty udziału w studniówce.
Podobnych licytacji znaleźliśmy mnóstwo. Internetowe anonse studniówkowe są od kilku sezonów popularnym sposobem poszukiwania towarzystwa na zabawę, także za pieniądze.
- Wiadomo, że na studniówce niezręcznie pojawić się samemu, a kilkadziesiąt złotych za partnera to wcale nie tak dużo - przekonuje Patrycja z Katowic, która aktualnie wymienia maile z poznanym w internecie chłopakiem gotowym towarzyszyć jej na balu za 50 zł. Honorarium płatne po imprezie.
Studniówkowi partnerzy zamieszczają anonse nie tylko na aukcjach internetowych, ale też na forach dyskusyjnych i w portalach społecznościowych. Dział "Szukam partnera/partnerki" jest bardzo popularny np. w serwisie Udanastudniowka.pl (tylko ze Śląska i Zagłębia jest ich tam ponad 40). - Zobowiązuję się zachowywać szarmancko, mówić ci komplementy, tańczyć tylko z tobą. Koleżanki zzielenieją z zazdrości, a to chyba warte więcej niż te 70 zł - przekonuje mnie 29-latek z okolic Katowic, który w ogłoszeniu podał swój numer Gadu-Gadu.
Policja przestrzega przed takim sposobem szukania pary na studniówkę. Podkomisarz Jacek Pytel z komendy miejskiej w Katowicach: - Nigdy nie możemy mieć pewności, kim jest osoba, z którą umawiamy się przez internet i czy nie chce ona nam zrobić krzywdy. Ostrożność powinny zachowywać nie tylko maturzystki, także maturzyści. Jeśli już ktoś chce iść na studniówkę z autorem internetowego anonsu, niech spotka się z nim wcześniej w publicznym miejscu i stara się więcej o tej osobie dowiedzieć.
Zdaniem socjologa dr. Krzysztofa Łęckiego nowy trend pokazuje, że kupić można właściwie wszystko. - Ktoś, kto kupuje partnera na studniówkę, albo jest bardzo zdesperowany, albo uważa, że dodatki, takie jak ubiór, fryzura czy wreszcie osoba towarzysząca, są ważniejsze od samej istoty balu. W obu przypadkach należy mu współczuć - mówi Łęcki.
Źródło: Gazeta Wyborcza