http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Szef MON: W dokumentach wszystko gra

Rozmawiali Agnieszka Kublik i Wojciech Czuchnowski
2011-01-15, ostatnia aktualizacja 2011-01-14 23:44

Trzeba było aż dwóch katastrof, żeby szkolić załogę, jak ma współpracować? Minister Bogdan Klich: - Dopiero po katastrofie 10 kwietnia rozszerzono zakres tych szkoleń

SONDAŻ
Czy Bogdan Klich powinien pożegnać się ze stanowiskiem szefa MON?

Nie, jest dobrym ministrem
Tak, ponosi odpowidzialność za część nieprawidłowości w organizacji lotu do Smoleńska
Jest mi to obojętne

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski: "Niewłaściwy dobór załogi, niewłaściwa współpraca załogi w kabinie, dezorientacja przestrzenna załogi, błędna interpretacja wskazań wysokościomierza, brak właściwych procedur do lądowania". Wie pan, co cytujemy?

Bogdan Klich: Wnioski po katastrofie CAS-y.

Tak. Dlaczego są tak podobne do wniosków po katastrofie Tu-154?

- Wydaje mi się, że nie wszystkie wydane po katastrofie polecenia moje i Sztabu Generalnego były respektowane.

W wojsku nie wykonuje się poleceń szefa MON?

- Moim obowiązkiem jest szybkie reagowanie na wszystkie przypadki, w których dochodzi do łamania przepisów. I reaguję. Najlepszym przykładem są zalecenia po katastrofie CAS-y z 2008 r. W połowie 2009 r. odebrałem pierwszy raport o ich realizacji. Ponieważ mam ograniczone zaufanie do każdego dokumentu, sprawdzaliśmy, czy wszystkie pieczęcie i podpisy są zgodne z rzeczywistością. Jeszcze w kwietniu 2010 r., w ostatniej rozmowie z gen. Andrzejem Błasikiem, dowódcą sił powietrznych, zapytałem, czy potwierdza, że wszystkie zalecenia zostały zrealizowane. Potwierdził.

Był pan oszukiwany przez wojskowych?

- Po katastrofie smoleńskiej na wszelki wypadek kazałem jeszcze raz sprawdzić wykonanie tych zaleceń. Otrzymałem potwierdzenie podpisane już przez nowych dowódców (minister trzyma w ręku te dokumenty).

Pokazuje pan dokumenty, że polecił wdrożyć zalecenia po katastrofie CAS-y, że pilnował ich realizacji. Katastrofa Tu-154 pokazuje, że tak nie było. Piękna teoria i katastrofalna praktyka.

- Armia to struktura hierarchiczna, w której polecenia schodzą w dół po kolejnych szczeblach. Ostatecznie mają być wykonane przez 148 tys. żołnierzy i pracowników wojska.

Widzi już pan, że to nie zadziałało?

- Żeby zadziałało, została nawet wprowadzona nowa ustawa o dyscyplinie wojskowej. Dała dowódcom najniższego szczebla prawo do reagowania dyscyplinarnego, czego wcześniej nie mieli.

W kwietniu 2008 r., po katastrofie CAS-y, zlecił pan m.in.: "Przywrócić dyscyplinę w siłach zbrojnych i we wszystkich jednostkach im podległych. Bezwzględnie stosować obowiązujące procedury szkoleniowe. Dokonać rozliczeń osób winnych nieprzestrzegania powyższych standardów". Katastrofa Tu-154 pokazuje, że zalecenia nie były przestrzegane, bo w czasie lotu 10 kwietnia procedury były łamane. A pan na papierze ma, że wszystko jest OK? Wszyscy pana oszukiwali?

- Minister obrony ma w rękach jeszcze inne narzędzia do sprawdzenia egzekwowania obowiązującego prawa. To Służba Kontrwywiadu Wojskowego i żandarmeria oraz - niepodlegająca ministrowi - Prokuratura Wojskowa.

I nikt nie zauważył, że w 36. specpułku jest coś nie tak z procedurami?

- Niestety, nie.

Gdyby było tak, jak jest w dokumentach, toby do katastrofy 10 kwietnia nie doszło. Nie było. Nie kontrolował pan, co się dzieje z pana rozkazami?

- Oczywiście kontrolowałem. Po katastrofie CAS-y została wprowadzona zasada raportowania dwa razy w roku o stanie dyscypliny. W całej armii. Ale odziedziczyłem wojsko, którego główne systemy były rozregulowane, porządkowanie resortu jest długotrwałe. Pełna kontrola byłaby, gdyby minister mógł być w tym samym czasie we wszystkich 1600 jednostkach i stał za plecami wszystkich żołnierzy.

Teraz pan żartuje. Nie na tym polega rządzenie.

- Oczywiście, że nie. Polega na delegowaniu uprawnień. I na tworzeniu dobrego prawa, które winno być przestrzegane. A jeżeli nie jest, to od ścigania są organa wymiaru sprawiedliwości.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 36 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':