Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski: "Niewłaściwy dobór załogi, niewłaściwa współpraca załogi w kabinie, dezorientacja przestrzenna załogi, błędna interpretacja wskazań wysokościomierza, brak właściwych procedur do lądowania". Wie pan, co cytujemy? Bogdan Klich: Wnioski po katastrofie CAS-y.
Tak. Dlaczego są tak podobne do wniosków po katastrofie Tu-154? - Wydaje mi się, że nie wszystkie wydane po katastrofie polecenia moje i Sztabu Generalnego były respektowane.
W wojsku nie wykonuje się poleceń szefa MON? - Moim obowiązkiem jest szybkie reagowanie na wszystkie przypadki, w których dochodzi do łamania przepisów. I reaguję. Najlepszym przykładem są zalecenia po katastrofie CAS-y z 2008 r. W połowie 2009 r. odebrałem pierwszy raport o ich realizacji. Ponieważ mam ograniczone zaufanie do każdego dokumentu, sprawdzaliśmy, czy wszystkie pieczęcie i podpisy są zgodne z rzeczywistością. Jeszcze w kwietniu 2010 r., w ostatniej rozmowie z gen. Andrzejem Błasikiem, dowódcą sił powietrznych, zapytałem, czy potwierdza, że wszystkie zalecenia zostały zrealizowane. Potwierdził.
Był pan oszukiwany przez wojskowych? - Po katastrofie smoleńskiej na wszelki wypadek kazałem jeszcze raz sprawdzić wykonanie tych zaleceń. Otrzymałem potwierdzenie podpisane już przez nowych dowódców
(minister trzyma w ręku te dokumenty).
Pokazuje pan dokumenty, że polecił wdrożyć zalecenia po katastrofie CAS-y, że pilnował ich realizacji. Katastrofa Tu-154 pokazuje, że tak nie było. Piękna teoria i katastrofalna praktyka. - Armia to struktura hierarchiczna, w której polecenia schodzą w dół po kolejnych szczeblach. Ostatecznie mają być wykonane przez 148 tys. żołnierzy i pracowników wojska.
Widzi już pan, że to nie zadziałało? - Żeby zadziałało, została nawet wprowadzona nowa ustawa o dyscyplinie wojskowej. Dała dowódcom najniższego szczebla prawo do reagowania dyscyplinarnego, czego wcześniej nie mieli.
W kwietniu 2008 r., po katastrofie CAS-y, zlecił pan m.in.: "Przywrócić dyscyplinę w siłach zbrojnych i we wszystkich jednostkach im podległych. Bezwzględnie stosować obowiązujące procedury szkoleniowe. Dokonać rozliczeń osób winnych nieprzestrzegania powyższych standardów". Katastrofa Tu-154 pokazuje, że zalecenia nie były przestrzegane, bo w czasie lotu 10 kwietnia procedury były łamane. A pan na papierze ma, że wszystko jest OK? Wszyscy pana oszukiwali? - Minister obrony ma w rękach jeszcze inne narzędzia do sprawdzenia egzekwowania obowiązującego prawa. To
Służba Kontrwywiadu Wojskowego i żandarmeria oraz - niepodlegająca ministrowi - Prokuratura Wojskowa.
I nikt nie zauważył, że w 36. specpułku jest coś nie tak z procedurami? - Niestety, nie.
Gdyby było tak, jak jest w dokumentach, toby do katastrofy 10 kwietnia nie doszło. Nie było. Nie kontrolował pan, co się dzieje z pana rozkazami? - Oczywiście kontrolowałem. Po katastrofie CAS-y została wprowadzona zasada raportowania dwa razy w roku o stanie dyscypliny. W całej armii. Ale odziedziczyłem wojsko, którego główne systemy były rozregulowane, porządkowanie resortu jest długotrwałe. Pełna kontrola byłaby, gdyby minister mógł być w tym samym czasie we wszystkich 1600 jednostkach i stał za plecami wszystkich żołnierzy.
Teraz pan żartuje. Nie na tym polega rządzenie. - Oczywiście, że nie. Polega na delegowaniu uprawnień. I na tworzeniu dobrego prawa, które winno być przestrzegane. A jeżeli nie jest, to od ścigania są organa wymiaru sprawiedliwości.