Kto nie chciał lidera?
13.01.2011
, aktualizacja: 13.01.2011 09:24
Tu-154 na Okęciu przed odlotem do Smoleńska, 10 kwietnia, godz. 7.23 (Fot. Andrzej Samborski / Agencja Gazeta)
Według szefowej MAK Tatiany Anodiny to Polska zrezygnowała z rosyjskiego nawigatora w Tu-154. Tymczasem to Rosjanie nie odpowiedzieli na naszą prośbę o przysłanie nawigatora do Warszawy
ZOBACZ TAKŻE
- Czy będą zarzuty za Smoleńsk? (21-02-11, 01:00)
- Startujemy (15-01-11, 22:00)
- Tusk: Raport MAK niekompletny, ale nie podważamy podstawowych ustaleń (13-01-11, 15:23)
- Co nowego Rosjanie odczytali z czarnych skrzynek? (13-01-11, 13:40)
- Dlaczego Tu-154 leciał bez lidera (22-12-10, 16:00)
SERWISY
- Z lidera zrezygnowała strona polska - powtarzała Anodina na wczorajszej konferencji w Moskwie. W ten sposób odpierała zarzuty, że brak nawigatora (nazywanego "liderem") przyczynił się do wypadku.
W myśl rosyjskiej procedury, gdy obcy samolot ląduje na wojskowym lotnisku w Rosji, w kabinie pilotów niezbędny jest rosyjski nawigator. Siewiernyj pod Smoleńskiem to lotnisko wojskowe. Lider zna obowiązujące tam procedury, parametry lotniska, ma aktualne mapy. Podczas lądowania ma za zadanie pomagać polskiej załodze. Prowadzi m.in. korespondencję z wieżą, tłumaczy komendy.
18 marca 2010 r., czyli trzy tygodnie przed uroczystościami katyńskimi zaplanowanymi na 7 i 10 kwietnia, 36. pułk obsługujący loty VIP-ów wysłał pocztą dyplomatyczną do strony rosyjskiej i białoruskiej tzw. claris, czyli pismo z prośbą o "zgodę dyplomatyczną władz Białorusi na przelot i Rosji na przelot oraz lądowanie na ich terytorium".
Polska prosiła także o aktualne schematy i procedury lotniska, obsługę samolotu na lotnisku, tankowanie, dwie pary schodów. Oraz o "przysłanie lidera przed wylotem do Warszawy". "Gazeta" ma kopię tej depeszy.
Do 30 marca pismo pozostało bez odpowiedzi. W tej sytuacji Szefostwo Służby Ruchu Lotniczego RP 31 marca wysłało do Rosjan pismo w sprawie lotu tupolewa 7 i 10 kwietnia. "W związku z zapewnieniem przez dowódcę eskadry o zaplanowaniu załóg posługujących się językiem rosyjskim na w/w przeloty, proszę o anulowanie zamówienia liderów. Jednocześnie podtrzymujemy prośbę o przesłanie aktualnych danych dotyczących lotniska Smoleńsk".
Nigdy tych danych nie dostaliśmy - więc i 7, i 10 kwietnia Tu-154 leciał i bez lidera, i bez informacji o lotnisku smoleńskim.
Nie jest jasne, dlaczego w piśmie z 31 marca zapewniamy Rosjan, że załoga posługuje się językiem rosyjskim. Dziś już wiadomo, że tak nie było. Rosyjskim posługiwał się tylko dowódca samolotu. Nawigator nie, choć to on powinien po rosyjsku rozmawiać z wieżą.
I dlatego podczas podejścia do lotniska większość czynności w kabinie wykonywał dowódca: pilotował samolot, prowadził korespondencję z kontrolerami. Był niesamowicie obciążony.
Brak lidera 10 kwietnia na pokładzie Tu-154 był prawdopodobnie przyczyną tego, że załoga nie zrozumiała rosyjskiej komendy z wieży "pasadka dopałnitielno", co znaczy "lądowanie warunkowo", czyli wieża mówi pilotom: oczekujcie zgody na lądowanie, w tej chwili jej nie ma. Samolot powinien zejść do minimalnej wysokości zniżania i czekać na zgodę na lądowanie.
Z zapisu czarnej skrzynki wynika, że gdy kontroler powiedział "pasadka dopałnitielno", padają niezrozumiałe słowa załogi, a potem "spasiba" (dziękuję). Tymczasem na taką komendę nie mówi się "dziękuję". Stąd podejrzenie, że nasi piloci nie zrozumieli komendy.
Michał Setlak, zastępca redaktora naczelnego "Przeglądu Lotniczego", mówił w wywiadzie dla "Gazety", że gdyby na pokładzie Tu-154 był lider, "zrozumiałby tę komendę i przypuszczam, że do rezygnacji z lądowania na tym lotnisku doszłoby wcześniej".
Czy brak lidera na pokładzie Tu-154 był złamaniem polskich procedur? - Nie - odpowiada rzecznik MON Janusz Sejmej. - Nie ma przepisu, że musimy lecieć z rosyjskim nawigatorem, był tylko taki zwyczaj. I Rosjanie nam go zwyczajowo dawali.
W myśl rosyjskiej procedury, gdy obcy samolot ląduje na wojskowym lotnisku w Rosji, w kabinie pilotów niezbędny jest rosyjski nawigator. Siewiernyj pod Smoleńskiem to lotnisko wojskowe. Lider zna obowiązujące tam procedury, parametry lotniska, ma aktualne mapy. Podczas lądowania ma za zadanie pomagać polskiej załodze. Prowadzi m.in. korespondencję z wieżą, tłumaczy komendy.
18 marca 2010 r., czyli trzy tygodnie przed uroczystościami katyńskimi zaplanowanymi na 7 i 10 kwietnia, 36. pułk obsługujący loty VIP-ów wysłał pocztą dyplomatyczną do strony rosyjskiej i białoruskiej tzw. claris, czyli pismo z prośbą o "zgodę dyplomatyczną władz Białorusi na przelot i Rosji na przelot oraz lądowanie na ich terytorium".
Polska prosiła także o aktualne schematy i procedury lotniska, obsługę samolotu na lotnisku, tankowanie, dwie pary schodów. Oraz o "przysłanie lidera przed wylotem do Warszawy". "Gazeta" ma kopię tej depeszy.
Do 30 marca pismo pozostało bez odpowiedzi. W tej sytuacji Szefostwo Służby Ruchu Lotniczego RP 31 marca wysłało do Rosjan pismo w sprawie lotu tupolewa 7 i 10 kwietnia. "W związku z zapewnieniem przez dowódcę eskadry o zaplanowaniu załóg posługujących się językiem rosyjskim na w/w przeloty, proszę o anulowanie zamówienia liderów. Jednocześnie podtrzymujemy prośbę o przesłanie aktualnych danych dotyczących lotniska Smoleńsk".
Nigdy tych danych nie dostaliśmy - więc i 7, i 10 kwietnia Tu-154 leciał i bez lidera, i bez informacji o lotnisku smoleńskim.
Nie jest jasne, dlaczego w piśmie z 31 marca zapewniamy Rosjan, że załoga posługuje się językiem rosyjskim. Dziś już wiadomo, że tak nie było. Rosyjskim posługiwał się tylko dowódca samolotu. Nawigator nie, choć to on powinien po rosyjsku rozmawiać z wieżą.
I dlatego podczas podejścia do lotniska większość czynności w kabinie wykonywał dowódca: pilotował samolot, prowadził korespondencję z kontrolerami. Był niesamowicie obciążony.
Brak lidera 10 kwietnia na pokładzie Tu-154 był prawdopodobnie przyczyną tego, że załoga nie zrozumiała rosyjskiej komendy z wieży "pasadka dopałnitielno", co znaczy "lądowanie warunkowo", czyli wieża mówi pilotom: oczekujcie zgody na lądowanie, w tej chwili jej nie ma. Samolot powinien zejść do minimalnej wysokości zniżania i czekać na zgodę na lądowanie.
Z zapisu czarnej skrzynki wynika, że gdy kontroler powiedział "pasadka dopałnitielno", padają niezrozumiałe słowa załogi, a potem "spasiba" (dziękuję). Tymczasem na taką komendę nie mówi się "dziękuję". Stąd podejrzenie, że nasi piloci nie zrozumieli komendy.
Michał Setlak, zastępca redaktora naczelnego "Przeglądu Lotniczego", mówił w wywiadzie dla "Gazety", że gdyby na pokładzie Tu-154 był lider, "zrozumiałby tę komendę i przypuszczam, że do rezygnacji z lądowania na tym lotnisku doszłoby wcześniej".
Czy brak lidera na pokładzie Tu-154 był złamaniem polskich procedur? - Nie - odpowiada rzecznik MON Janusz Sejmej. - Nie ma przepisu, że musimy lecieć z rosyjskim nawigatorem, był tylko taki zwyczaj. I Rosjanie nam go zwyczajowo dawali.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX










