http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Za co żyć na starość? Emerytury wyduszane lamentem

Janusz A. Majcherek*
2011-01-12, ostatnia aktualizacja 2011-01-12 12:15

Dla wielu grup społecznych dogodny jest pokrętny system emerytalny oparty na przywilejach, które sobie wywalczyli lub chcą wywalczyć od słabego państwa

Warszawa, Giełda Papierów Wartościowych
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Warszawa, Giełda Papierów Wartościowych
Wielu Polaków woli mieć do czynienia z państwowym pracodawcą, ubezpieczycielem, świadczeniodawcą czy usługodawcą, bo liczą na uzyskanie od niego tego, czego od prywatnych i komercyjnych instytucji wydobyć się nie da. Nie wynika to jednak z tego, że polskie państwo jest tak hojne czy troskliwe, ale że jest tak słabe i podatne na presję, naciski i groźby zorganzowanych grup interesu. System emerytalny jest tego wymownym i przygnębiającym przykładem.

W 1999 r. wprowadzono w Polsce model oparty na czytelnych i sprawiedliwych regułach, zgodnie z którymi każdy miał otrzymać na emeryturze tyle, ile sobie wypracował w trakcie aktywności zawodowej, powiększone przez zysk z części indywidualnych składek inwestowanych za pośrednictwem samodzielnie wybranego OFE.

Rychło okazało się, że właśnie te przejrzyste, sprawiedliwe i w założeniu niewzruszone, a więc poniekąd bezlitosne, zasady są nie do przyjęcia dla tych, którzy w poprzednim systemie mieli specjalne przywileje. Co więcej, wyszło na jaw, że ci uprzywilejowani stanowią ogromną część pracujących, a na dodatek przeważnie zorganizowani są w silnych grupach zawodowych i branżowych, przed presją których państwo zaczęło ustępować, godząc się na zachowanie ich uprzywilejowanej pozycji, czyli wprowadzenie do systemu wyjątków. Jego demontaż rozpoczął się niemal równocześnie z jego wprowadzeniem.

Stanowił on zaś logiczne i konsekwentne dopełnienie systemu społeczno-gospodarczego wprowadzonego w 1989 r., w którym wartość pracy, środków produkcji i samych produktów zaczęła być wyceniana przez rynek według czytelnych i łatwo obliczalnych (w realnym pieniądzu) mierników. Oznaczało to zerwanie z księżycowym systemem, w którym nie wiadomo było, ile co jest warte, i wszystkiego brakowało, a państwo przydzielało po uważaniu.

Wtedy także pojawiły się i długo powtarzały protesty tych licznych grup zawodowych i branżowych, które w poprzednim systemie korzystały z uprzywilejowanej pozycji. Jednak po 1989 r. Leszek Balcerowicz się nie ugiął, a i następne rządy nie dopuściły do demontażu rynkowego systemu w polskiej gospodarce. Gdyby nie to, do dziś dotowalibyśmy państwowe gospodarstwa rolne, huty, nie mówiąc o stoczniach, z gdańską "kolebką" na czele.

Ostatecznie, po wielu latach utyskiwań i protestów, większość Polaków jednak zaakceptowała prywatną własność i rynkowe regulacje. Niedawno nawet niektórzy górnicy wyrazili zgodę na prywatyzację kopalń, w których pracują, a jedna z nich jest już notowana na giełdzie.

Z emeryturami nie idzie tak prosto, bowiem większość obecnych emerytów - a w Polsce to wyjątkowo liczna grupa społeczna - całe lub prawie całe życie zawodowe spędziło w PRL. To oni kształtują roszczeniowy sposób myślenia o emeryturach jako należących się od państwa i przez państwo zapewnianych.

Podczas sejmowej debaty nad rządową propozycją zabrania pracującym Polakom większości ich składek emerytalnych przekazywanych do OFE i przeniesienia ich do ZUS premier Tusk stwierdził, nie bez wyraźnej zgryźliwości, że tym, czego najbardziej boją się OFE, byłoby pozostawienie obywatelom wyboru między nimi a ZUS, bowiem większość wybierze ZUS.

Faktycznie, wielu Polaków woli państwo jako świadczeniodawcę, ubezpieczyciela i pracodawcę, ale nie dlatego, że je szanuje i ufa mu, licząc na jego rzetelność, lecz ponieważ gardzi nim i lekceważy je, licząc na jego słabość, pozwalającą wydrzeć od niego, ile tylko się da. Jeśli stanowią liczną (rolnicy) lub dobrze zorganizowaną (górnicy, służby mundurowe) grupę interesu, nie zawodzą się w tych kalkulacjach.

Żaden z górników, policjantów czy prokuratorów nie zgodzi się na przystąpienie do powszechnego, przejrzystego, czytelnego i sprawiedliwego systemu emerytalnego, który oferuje każdemu taką emeryturę, jaką wypracował. Dla tych i wielu innych grup społecznych czy zawodowych o wiele dogodniejszy jest pokrętny i nieprzejrzysty system oparty na przywilejach, które sobie wywalczyli lub mają nadzieję wywalczyć od słabego państwa.

Aby się nie narazić w roku wyborczym kobietom, górnikom, mundurowym, rolnikom, postanowiono zabrać pieniądze z indywidualnych kont emerytalnych, mamiąc obietnicami ich lepszego zabezpieczenia, a nawet - co już przekroczyło granice tupetu - pomnożenia przez ZUS notujący rokrocznie niedobór rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych.



Żałosne były i są próby przekonania kobiet, by zgodziły się na przedłużenie ich wieku emerytalnego, oparte na argumentacji, że mając krótszy staż pracy i żyjąc dłużej od mężczyzn, otrzymają w przyszłości rażąco niskie emerytury. Gdy tak się rzeczywiście stanie (a przecież do tego czasu system może zostanie wywrócony do góry nogami), wówczas masowy lament kobiet o faktycznie niskich emeryturach, nagłośniony odpowiednio przez media, rychło skruszy serca polityków, którzy ochoczo się zgodzą, a może i nawet sami zaproponują, by wprowadzić dla kobiet specjalny przelicznik stażu pracy - np. 1,2 za każdy rok (żadna ekstrawagancja, skoro górnikom przemnaża się przez 1,8). To znacznie korzystniejszy wariant, niż pracować dłużej. A przecież kobiety to połowa elektoratu.

Oczywiste jest dla każdego przytomnego obserwatora, że za ekonomicznymi rachubami, eksponowanymi przez pomysłodawców, odebrania większości składek z OFE i przekazania ich do ZUS kryją się niechętnie ujawniane kalkulacje polityczne. Aby się nie narazić w roku wyborczym kobietom, górnikom, służbom mundurowym i nie drażnić rolników, postanowiono zabrać pieniądze z indywidualnych kont emerytalnych, mamiąc obietnicami ich lepszego zabezpieczenia, a nawet - co już przekroczyło granice tupetu - pomnożenia przez państwową instytucję notującą rokrocznie niedobór rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych.

Badania opinii publicznej przeprowadzone na zlecenie "Faktów" TVN sygnalizują, że te polityczne kalkulacje rządzącej ekipy mogą się okazać chybione, bo większość (choć tylko względna) ankietowanych oceniła krytycznie zabranie większości składek z OFE do ZUS i deklaruje większe zaufanie do OFE niż do ZUS.

Być może więc większość Polaków ponad dziesięć lat po wprowadzeniu systemu emerytalnego opartego na kapitalizacji indywidualnie odkładanych składek dojrzała do jego akceptacji, tak jak niegdyś dojrzała do rynkowego systemu gospodarczego opartego na indywidualnej aktywności i prywatnej własności. Jeśli nawet ta grupa nie stanowi bezwzględnej większości społeczeństwa, to zapewne mieści się w niej bezwzględna większość elektoratu PO.

Kalkulacje polityków rządzącej partii mogą więc tym bardziej załamać się szybciej niż budżet państwa w ten sposób ratowany. A czyż nie o uniknięcie takiego wariantu im chodziło?

*Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 34 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':