Za co lubię filmy Petera Weira? Za to, że idą pod prąd rozpowszechnionym wyobrażeniom o świecie. Powtarzamy do znudzenia, że nasz świat zmalał, zamienił się w globalną wioskę. Tymczasem, kiedy oglądam mój ulubiony film Weira "Pan i władca: Na krańcu świata" (2003) - hiperrealistyczny, namacalny, opowiadający o morskim pościgu w czasach napoleońskich - czuję się jak dziecko w dawnym kinie. Okręt, który wygląda z góry jak zabawka, a dla załogi jest "domem i Anglią", zanurza się w świat niezmierzony, widziany na przemian to w detalach, to w swoim ogromie. Ta zmienność wizji - od szczegółu do wielkiej panoramy - jest charakterystyczną cechą stylu Weira.
Okręt z "Pana i władcy" nazywa się "Surprise", ściga go wrogi "Acheront", którego nazwa pochodzi od mitycznej rzeki boleści i zwątpienia. Słowo "surprise" może służyć za definicję kina Petera Weira. Jego filmy zawsze są niespodzianką, pozwalają odczuć świat jako nowość, w całej jego potędze. Wkrótce sprawdzę, czy tacy też są "Niepokonani" - czy będzie to raczej "Tomek na tropach yeti" dla dorosłych.
Weir - 66-letni Australijczyk od 30 lat pracujący w Stanach - w swoich filmach próbuje dotrzeć do archaicznego obrazu świata, takiego świata, który nie byłby "symulakrem". Na przekór teoriom o "kresie człowieka" i "posthumanizmie" fascynuje go człowiek w stanie pierwotnym. Odnajduje go pośród nowoczesnej cywilizacji - jak w swoim pierwszym amerykańskim filmie "Świadek" (1985), gdzie policjant Harrison Ford odkrywa idylliczną enklawę Amiszów. Żyjąc w świecie, który się unifikuje, Weir potrafi wzbudzić zdziwienie obcością. O jego komedii romantycznej "Zielona karta" z Depardieu i McDowell (1990) pisano: "Nigdy jeszcze Nowy Jork nie wyglądał w kinie tak egzotycznie".
Jego wielkim tematem jest przekraczanie granic, wielość rzeczywistości. Ale celem nie jest relatywizm, tylko doświadczenie pełni. Choć w "Truman Show" (1998) pokazuje świat sztuczny, przypominający wielkie studio telewizyjne i człowieka totalnie manipulowanego, to przecież w końcu znajduje on realne wyjście spod klosza.
Nawiasem mówiąc, wizja świata jako TV show była u Weira tak sugestywna, że u chorych psychicznie stała się źródłem omamów, które nazwano "Truman syndrom".
Z czasów realizacji "Pikniku pod Wiszącą Skałą" pochodzi anegdota o spotkaniu Petera Weira z Aborygenem, który opowiadał mu, że jego wujek potrafił zamienić się w ptaka. - Chcesz powiedzieć - dopytywał się Weir - że jego ręce naprawdę zamieniały się w skrzydła? Tamten spojrzał na niego, jakby chciał powiedzieć: nic nie rozumiesz!
Weir pokazuje, że świat wyznaczony przez cywilizację, kulturę i rozum ma swoje granice. Co jest za nimi? Duchy istnieją jak w balladach romantycznych, tylko nie umiemy już z nimi gadać. W "Stowarzyszeniu umarłych poetów" (1989) - filmie o inicjacji duchowej poprzez poezję - współistnieją ze sobą dwa światy:
szkoła, która porządkuje rzeczywistość i chroni przed nieznanym, oraz sfera ducha i wolności, fascynująca, niebezpieczna. Wejście w nią zapowiada w filmie "aborygeński" motyw ptasiego lotu. Przekroczenie tabu grozi śmiercią, jak w "Pikniku".
Właśnie w słynnym "Pikniku pod Wiszącą Skałą" (1975) - pierwszym australijskim filmie, który wszedł do światowego obiegu - Weir podjął fascynującą grę z prawdą. Szedł za Joan Lindsay, która w swojej powieści pisała o zniknięciu australijskich pensjonarek na stokach świętej góry Aborygenów jak o fakcie, który rzekomo zdarzył się w roku 1900. W ostatnim rozdziale wyjaśniła tajemnicę, ale za radą wydawcy rozdział ten opuściła - opublikowała go dopiero po latach. Film nie wyjaśnia zniknięcia. Widz gotów jest uwierzyć, że dziewczęta weszły w inną czasoprzestrzeń, w "czas snu". Weir oswaja widza z poczuciem tajemnicy, stawia go przed barierą nie do pokonania, którą próbuje sforsować.
W "Niepokonanych" (2010) reżyser również prowadzi grę z prawdopodobieństwem. Nie ma żadnego dowodu, że polski kawalerzysta Sławomir Rawicz, autor wydanego w Wlk. Brytanii bestselleru "Długi marsz", który stał się podstawą scenariusza, rzeczywiście uciekł z radzieckiego łagru na Syberii i wraz z towarzyszami przebył pustynię Gobi i Himalaje (gdzie miał m.in. spotkać yeti). Usiłowano dowieść, że autor ukradł te historię innemu Polakowi, ale nie ma z kolei dowodu, że tamtemu zdarzyło się to naprawdę. Dla odbiorcy jednak przestaje to być ważne. Anne Applebaum - znawczyni historii Gułagu i konsultantka Petera Weira - uważa po prostu wspomnienia Rawicza za dobrze udokumentowaną powieść przygodową. Zmyślenie staje się artystyczną prawdą. Czy film Weira o uciekającym Polaku pomoże przekroczyć granice naszej wyobraźni historycznej? Wyjść poza żałobny patriotyzm?
Czytaj też:
Polska historia w wersji Hollywood