Poznałem go latem 1978 r. na Śnieżce. Było to drugie spotkanie ludzi z Karty 77 z ludźmi z Komitetu Obrony Robotników. Wśród naszych przyjaciół z Czechosłowacji był - obok Vaclava Havla - także Jirzi Dienstbier, sygnatariusz Karty 77, znany dziennikarz, komentator polityki międzynarodowej. Natychmiast staliśmy się przyjaciółmi. Ta przyjaźń przetrwała 32 lata.
Jirzi Dienstbier należał do formacji zbuntowanych komunistów, którzy od fascynacji projektem świata sprawiedliwości społecznej przeszli do otwartego dojrzałego protestu przeciw dyktaturze komunistycznej. Jirzi od 1956 r. - jeszcze jako członek partii komunistycznej - popierał tendencje reformatorskie w obrębie partii. W okresie Praskiej Wiosny stał się jednym z reprezentantów radykalnego skrzydła obozu demokratycznego. Po interwencji sowieckiej trwał w konsekwentnej opozycji; zapłacił za to latami dyskryminacji, represji i więzienia.
W 1989 r. - natychmiast po aksamitnej rewolucji - został ministrem spraw zagranicznych demokratycznej Czechosłowacji.
Pamiętam jego pierwszą wizytę w Warszawie. Był to przełom roku 1989/90. Witaliśmy go na lotnisku razem z Jankiem Lityńskim i Zbyszkiem Janasem. Cóż to była za radość! Wczoraj jeszcze kryminaliści, spotykaliśmy się teraz jak ludzie wolni, którzy przyłożyli swoją cegiełkę do destrukcji dyktatury.
Podczas uroczystej kolacji wydanej na cześć Dienstbiera przez ministra Skubiszewskiego nasz przyjaciel powiedział w swoim toaście: "Musieliśmy zrobić tę naszą aksamitną rewolucję, bowiem nie chciało nam się ciągle chodzić po górach, żeby spotkać się z Jackiem Kuroniem i innymi polskimi przyjaciółmi".
Było to typowe dla Irki: inteligentne, dowcipne, pełne autoironii. On taki był.
Był wybitną postacią ostatnich 20 lat w polityce czeskiej i europejskiej. Odegrał istotną rolę w trakcie kryzysu na Bałkanach. Był też jedną z ikon tradycji Karty 77. Widywałem go w tych latach dość często. W Pradze i w Warszawie, w Hiszpanii i w Kalifornii. I jeszcze w wielu innych miastach. Mądry i odważny polityk, bystry i kompetentny nonkonformista cieszył się powszechnym szacunkiem i autorytetem, choć rzadko zwyciężał w wyborach parlamentarnych. W oczywisty sposób bliższy był Vaclavowi Havlovi niż Vaclavovi Klausowi. Było w nim bowiem wiele idealizmu typowego dla ludzi, którzy angażowali się w opozycję demokratyczną wtedy, gdy nikt nie wierzył w happy end.
Dienstbier słynął z umiłowania dobrej kuchni i pierwszorzędnych alkoholi; znany był też z powodzenia u kobiet. Zapytałem go kiedyś: - Irko, dlaczego ty, wielbiciel dobrej kuchni i ulubieniec pięknych kobiet, zaangażowałeś się w dysydenckie awanturnictwo? To przecież wiodło do więzienia, gdzie nie było ani dobrej kuchni, ani też pięknych kobiet...
Odpowiedział, że czynił tak z lenistwa. - Po prostu, Adamie - tłumaczył - żeby służyć Breżniewowi i Husakowi, trzeba by było wyćwiczyć w sobie umiejętność do kłamstwa, krętactwa i intryganctwa. A to wymagało wielkiej pracowitości. Ja zaś jestem z natury leniwy.
Żegnaj, Irko... Wszyscy przyjaciele dziękują Ci za to twoje lenistwo.
Źródło: Gazeta Wyborcza