Joanna Szczęsna: Fakt, że podczas trwającej od 1942 r. aż do końca wojny tzw. trzeciej fazy Holocaustu odbywały się na polskiej wsi regularne "polowania" na żydowskich niedobitków, którzy uciekli z gett, transportów i obozów, by szukać ratunku po aryjskiej stronie, historykom znany już jest od jakiegoś czasu. Ukazywały się o tym artykuły choćby w roczniku "Zagłada Żydów" wydawanym przez Centrum Badań nad Zagładą przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, gdzie państwo pracują. I zero reakcji. Dopiero zapowiedź publikacji książki Jana Tomasza Grossa "Złote żniwa" wywołała burzę.
Barbara Engelking: Rola uczonego jest taka, że siedzi sobie w archiwum, odkrywa dokumenty, poznaje fakty, nanizuje je na sznureczek, potem pisze solidną, nudną książkę, której nikt nie czyta
Jan Grabowski: poza innymi naukowcami i osobami zaangażowanymi w temat emocjonalnie.
B.E.: No więc my sobie tak dłubiemy, uprawiamy to nasze poletko, a tu przychodzi Gross ze swoją książką i sprawia, że „Gazeta Wyborcza" zgłasza się do nas po wywiad.
J.G.: Ładnie to ujęłaś.
Pozwolę sobie przytoczyć tytuły waszych książek, które ukażą się wkrótce: "Jest taki piękny, słoneczny dzień. Losy Żydów szukających ratunku na wsi polskiej" - Barbara Engelking - i "Judenjagd. Polowanie na Żydów, 1942-1945. Studium pewnego powiatu" - Jan Grabowski. One mówią same za siebie.
J.G.: Obie nasze książki, a nie będą one jedyne, bo nad tym tematem pracują i inni historycy, to efekt projektu badawczego na temat stosunku wsi polskiej do Zagłady, który Centrum Badań nad Zagładą prowadziło przez ostatnie trzy lata. Jednym z najważniejszych źródeł do badania tego tematu są powojenne procesy sądowe potocznie zwane „sierpniówkami". Polakom oskarżonym o kolaborację z Niemcami wytaczano je na mocy dekretu z sierpnia 1944 r. To pierwsza taka próba przedarcia się przez - nie przesadzam - setki tysięcy stron dokumentacji, która dotąd nie weszła w obieg naukowy.
Na ile wiarygodnym źródłem mogą być akta procesów z czasów stalinowskich?
B.E.: Są wystarczająco wiarygodne. To nie procesy polityczne działaczy podziemia patriotycznego, które zresztą odbywały się głównie przed sądami wojskowymi.
J.G.: Te procesy odbywały się przed regularnymi sądami, w oparciu o kodeks z 1932 r. Z lektury akt wynika zresztą, że ani prokuratorzy nie mieli ochoty wszczynać tych spraw, ani sędziowie nie mieli ochoty na wykorzystywanie w pełni możliwości wyrokowania, jakie dawał im dekret sierpniowy. Tak, że są to procesy - jeśli chodzi o czasy stalinowskie - przejrzyste jak mało które.
B.E.: Zazwyczaj też w tych procesach zapadają najniższe z możliwych wyroków. Surowsze wyroki zapadały przed sądem specjalnym w latach 1945-46.
J.G.: Zdarzało się pięć-sześć lat za wymordowanie żydowskiej rodziny. Znakomita większość wyszła z więzień na mocy amnestii przed 1956 r.
B.E.: Jak się długo obcuje z jakimś źródłem, można nauczyć się je czytać i rozumieć, odróżniać, gdzie prawda, a gdzie fałsz. Akta sądowe jako źródło to w historii nic nowego.
Skoro ani prokuratorzy nie chcieli oskarżać, ani sędziowie sądzić, to skąd procesy?
J.G.: Donosy sąsiadów - stara, znana sąsiedzka nienawiść. Na wsi mordowanie Żydów to były często zbrodnie zbiorowe, popełniane przy dużej widowni, a wiedzieli o nich nie tylko naoczni świadkowie, ale praktycznie cała wieś. Wystarczyło, żeby z jakiejś przyczyny zaczęła pękać wiejska solidarność...
Dużo trudniej o świadków zbrodni, które nazwałbym domowymi, one też rzadziej wychodziły na jaw. W Warszawie można było Żyda wydać na gestapo - ale ot tak zamordować? I co zrobić ze zwłokami? Na wsi nietrudno było ukryć ciała. Mimo to na ławę oskarżonych trafiali i tacy, co w zaciszu własnego domu zamordowali Żydów, którzy się u nich ukrywali. Ze strachu albo z chciwości. Jednak czasem ktoś coś podejrzał, komuś udało się wyrwać śmierci, kogoś nie dobito albo po latach jakaś kłótnia małżeńska, jakaś zdrada, rozwód - i oto pojawili się świadkowie, a głosy zmarłych wydobyły się spod podłogi.
B.E.: W grę wchodziło też coś w rodzaju redystrybucji sprawiedliwości. Pamiętam kobietę, która doniosła, że facet zrobił jej dziecko, obiecał się żenić, a po wojnie uciekł na Ziemie Odzyskane, więc ona sobie przypomniała, że jej ukochany zabił Żyda.
J.G.: Sami Żydzi rzadko podawali sprawy do sądu. Bo jak już widzieli mordowanie, była to zwykle ostatnia rzecz, jaką widzieli w swoim życiu. „Czyszczenie z Żydów" było jednak dość dokładne; w zachowanych dokumentach z powiatu Dąbrowa Tarnowska, którym się zajmuję, mowa jest o sześciu tysiącach Żydów, ocalało z nich 38.
B.E.: Znamy też przypadki, że Żydzi nie mogli dobić się sprawiedliwości. Icek Lerner, który dosłownie uszedł spod noża oprawcom, wielokrotnie zawiadamiał o tym prokuraturę, a ta jakoś nie mogła znaleźć winnych, mimo że podawał ich adresy, a nawet informacje, u których krewnych się ukrywają. W końcu musiał uciekać z Polski, by nie stracić życia.
Źródło: Gazeta Wyborcza