Ustawę zakładającą 10 - proc. redukcje zatrudnienia w administracji Sejm uchwalił w grudniu w pakiecie ustaw okołobudżetowych. Jej celem miały być oszczędności budżetowe - około miliarda złotych rocznie. Ustawa miała wejść w życie od 1 lutego, a zwolnienia miały być przeprowadzone w ciągu dwóch lat m.in. w ministerstwach, urzędach wojewódzkich i agencjach rządowych.
Jednak dziś prezydent Bronisław Komorowski skierował ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, gdyż - według konstytucjonalistów, z którymi konsultował się prezydent - ustawa może być niezgodna z konstytucją.
Wątpliwości prezydenta budzi m.in. arbitralne zwalnianie urzędników mianowanych. W komunikacie Kancelarii Prezydenta napisano, że może ono naruszać zasadę państwa prawnego, a w szczególności zasadę bezpieczeństwa prawnego i wywodzoną z niej zasadę ochrony praw nabytych. Jak podkreślono w komunikacie "praca znajduje się pod ochroną Rzeczypospolitej". A regulacje dotyczące pracowników mianowanych wprowadzone ustawą o cięciach w administracji stanowią "istotny i zaskakujący dla obywateli wyłom w dotychczasowym systemie gwarancji szczególnej ochrony stosunku pracy pracowników mianowanych".
Podkreślono również, że ustawa dopuszcza arbitralne zwalnianie członków korpusu służby cywilnej a także zmianę zasad ich zatrudnienia, np. obniżkę pensji. Zdaniem Bronisława Komorowskiego można uznać to za sprzeczne z koniecznością zapewnienia "rzetelnego bezstronnego politycznie i neutralnego wykonywania zadań państwa poprzez korpus służby cywilnej". Wątpliwości prezydenta wzbudziło również to, że to, który urząd zostanie objęty zwolnieniami, zależy od uznaniowości premiera. Powinno być to - zdaniem prezydenta - wprowadzone ustawą.
- Sytuacja jest niezręczna, bo prezydent trochę wyjdzie na tego, który broni urzędników. A on jest za ograniczaniem administracji, co było zresztą jednym ze sztandarowych postulatów PO - mówił nam w czwartek jeden z ministrów w Kancelarii Bronisława Komorowskiego. - Ale nie może być tak, że Sejm podrzuca prezydentowi gorący kartofel, a on bierze na siebie ryzyko podpisania ustawy niezgodnej z konstytucją. Prezydent powinien być strażnikiem konstytucji - dodał nasz rozmówca.
Dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego prof. Krzysztof Rączka mówił, że on radziłby prezydentowi zawetowanie ustawy w całości, gdyż - w jego ocenie - jest ona sprzeczna z konstytucją "w swych najistotniejszych kwestiach". Według prof. Rączki ustawa jest sprzeczna z art. 2 konstytucji, bo narusza zasadę zaufania do demokratycznego państwa prawa oraz zasadę prawidłowej legislacji. - To jest ustawa po prostu źle skonstruowana, nawet niekiedy wprowadzająca w błąd - powiedział Rączka. Jak zaznaczył, już nawet sam jej tytuł nie jest prawdziwy, bo nie jest to ustawa o racjonalizacji, ale o redukcji zatrudnienia, czyli o "automatycznej gilotynie, która ścina co najmniej 10 proc. głów". W ocenie profesora ustawa godzi w istotę służby cywilnej określoną w art. 153 konstytucji, bo pozbawia członków korpusu służby cywilnej, głównie mianowanych "jakiejkolwiek ochrony trwałości stosunku pracy".
Z kolei konstytucjonalista, prof. Piotr Winczorek uważa, że państwo, które zatrudnia pracowników może mieć powody, żeby część z nich zwolnić. Niemniej - jak podkreślił - powinno przy tym dbać o przestrzeganie praw obywateli.
- Jeśli władza publiczna np. nie ma czym płacić za pracę, to trudno żeby zatrudniała ludzi. Tutaj może nastąpić starcie dwóch wartości. Z jednej strony jest stabilność finansów publicznych, która jest wartością niewątpliwą - również konstytucyjną. Z drugiej strony są indywidualne prawa pracownicze - tłumaczył Winczorek.
Autor ustawy minister Michał Boni mówił "Gazecie", że jest zdziwiony wątpliwościami prezydenta. - Nikt nie zwracał się do nas z pytaniami o cel ustawy czy intencje - mówił nam wczoraj Boni. - To ustawa związana z kryzysem i koniecznością oszczędzania. Rządowe Centrum Legislacji nie miało zstrzeżeń - podkreślał Boni. Dodał, że przez decyzję prezydenta budżet straci w ciągu trzech lat 3 miliardy złotych.
Źródło: Gazeta Wyborcza