http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

David szuka Lyncha

Jacek Szczerba
2011-01-07, ostatnia aktualizacja 2011-01-06 17:54

"David chce odlecieć" to świetny dokument o bolesnej drodze samopoznania, po której kroczy naiwny niemiecki reżyser. Od piątku w kinach

David Lynch
Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta
David Lynch
33-letni dokumentalista David Sieveking chce zbliżyć się do swego mistrza Davida Lyncha. Podąża jego tropem, przeprowadza z nim wywiady. Pyta, co pomaga mu kręcić tak niezwykłe filmy. On też chciałby takie robić. Lynch sugeruje, że inspiracją jest dlań medytacja transcendentalna. Ta medytacja to właściwie cały ruch duchowy, nieomal fabryka duchowości.

Sieveking też się do niego "zapisuje", odwiedza z kamerą zjazdy. Im bliżej się jednak mu przygląda, tym wyraźniej widzi, że to lipa (klepanie banalnych formułek plus wykonywanie idiotycznych ćwiczeń). Kierownictwo ruchu (zresztą skłócone) myśli głównie o pieniądzach (zarabiają miliony dolarów) i o tym jak wkomponować się w ramy światowego życia społecznego (chcą wprowadzić medytację do amerykańskich szkół, a niemieckim wyznawcom sugerują możliwość powrotu do idei Wielkich Niemiec). Co więcej, okazuje się, że choć guru Maharishi Mahesh Yogi zaleca cielesną ascezę, to tak naprawdę jest erotomanem uwodzącym swe zwolenniczki i raczej specjalistą od księgowości niż transcendencji (tak przynajmniej opisuje go inny unikający światowego splendoru hinduski guru).

Co w tej sytuacji robi załamany Sieveking? Dalej ściga Lyncha, by ten rozwiał jego wątpliwości. To się jednak nie udaje. Lynch bełkoce przed obiektywem swego fana żałosne ogólniki, nie jest w stanie wyjaśnić, jak medytacja wpływa na jego twórczość (a może tego w ogóle nie da się wyjaśnić?). Zaczyna nawet uważać Sievekinga za wroga ruchu, straszy go procesem. Odmawia dalszych spotkań...

Błędem byłoby sądzić, że "David chce odlecieć" to jedynie film interwencyjny, wykorzystujący nośną formułę śledztwa. Mówiący nam publicystycznym tonem: "nie wierzcie żadnym sektom" - a to trudno uznać za radę oryginalną. Że to szyderstwo ze wschodnich pseudomądrości podane z perspektywy sceptycznego człowieka Zachodu. I że reżyser ogranicza się tu wyłącznie do banalnej konkluzji, że z własnymi potrzebami duchowymi trzeba sobie poradzić samemu.

Nie, Sieveking idzie dalej. Obserwuje, co dzieje się z nim samym w trakcie tych wędrówek z kamerą. Zauważa, że demaskowanie medytacji transcendentalnej stało się jego obsesją, że zrobił się przy okazji nieznośny (co potwierdza również jego narzeczona, która go rzuca). Że jakby mścił się tym filmem za zawód, jaki sprawił mu Lynch.

"David chce odlecieć" to dokument trochę narcystyczny, ale i, może właśnie dzięki temu, dotkliwie szczery. Lynch jest w nim śmieszny, ale sam Sieveking też. Młody Niemiec zdaje się nam mówić: - Może ci od medytacji transcendentalnej są oszustami, lecz ja wciąż nie wiem, co z sobą począć, jak zostać tym, kim chciałbym być.

Ów żal i owa bezradność sprawiają, że się temu filmowi wierzy.

"David chce odlecieć", reż. David Sieveking, Niemcy-Austria-Szwajcaria, 2010

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':