http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Co czeka Unię Europejską w 2011 roku

Jacek Pawlicki
2011-01-06, ostatnia aktualizacja 2011-01-06 14:33

Skończył się podły dla Unii Europejskiej rok podziałów, narodowych egoizmów, sypiącej się strefy euro i deportacji Romów. Na to, że w 2011 r. będzie lepiej, nie należy liczyć

Herman Van Rompuy i Catherine Ashton
Fot. STAFF REUTERS
Herman Van Rompuy i Catherine Ashton
Jacek Pawlicki
fot. AG
Jacek Pawlicki
ZOBACZ TAKŻE
Lepiej miało być rok temu, kiedy Europa wchodziła w nowy rok na fali entuzjazmu po wejściu w życie traktatu lizbońskiego. Szybko okazało się, że nie wzmocnił on Unii jak oczekiwano. Ba, w grudniu 2010 r. przywódcy musieli podjąć decyzję o zmianie traktatu, by wcielić w życie mechanizm ratunkowy dla strefy euro. Lizbona osiwiała dosłownie w kilka miesięcy!

Związane ręce baronessy Ashton

Prezydentura Hermana van Rompuya, aczkolwiek sprawna, nie przyniosła jakościowej zmiany na lepsze. Belg pokazał, że jest sprawnym menedżerem, ale jego ambicje zakulisowego ustawiania spraw skomplikowały nieco relacje między instytucjami UE a stolicami.

Gąszczu europejskich instytucji wystraszył się na początku 2010 r. prezydent Barack Obama, kasując jeden z ważnych dla Unii punktów programu - szczyt UE - USA. Choć do takiego szczytu doszło jesienią, to nie zmienił on letnich relacji na linii Waszyngton - Bruksela. Ameryka pod wodzą Obamy nie interesuje się za bardzo Europą, a Europa wciąż nie może wyjść z cienia Ameryki.

Szefowa unijnej dyplomacji Catherine Ashton nie rozczarowała, ale tylko dlatego, że nikt w Europie nie wiązał z nią wielkich nadziei. Brytyjka zaczęła obsadzać nową unijną dyplomację, co jest niewątpliwie sukcesem, ale brak wspólnej polityki zagranicznej mocno wiąże jej ręce. W 2011 r. nie dojdzie w tej dziedzinie do przełomu, więc rola Ashton będzie dalej mocno ograniczona.

Niestety, Unia wciąż nie jest sobie w stanie poradzić z wyzwaniami na własnym podwórku. Przykład z ostatnich dni - brutalna rozprawa Łukaszenki z opozycją - pokazuje, że unijna polityka zachęt wobec Mińska nie daje rezultatów. Czy Bruksela ma coś w zanadrzu, coś czym można by pomóc opozycji, karząc reżim? Wymyślenie nowej unijnej polityki wobec Mińska to zadanie dla Polski.

Drżące fundamenty Europy

W 2010 r. wiele unijnych fundamentów niebezpiecznie zadrżało. Groźba bankructwa Grecji została wprawdzie zażegnana, ale kryzys wystawił na nie lada próbę strefę euro i był też sprawdzianem woli bycia razem. Na szczęście Euroland się nie zawalił, ale wśród znanych ekonomistów i politologów pojawiły się opinie, że strefa euro może się rozpaść.

Okazało się też, że wbrew powtarzanej przez dekady mantrze Unia nie jest znów taką silną wspólnotą wartości, jak się wydawało. Deportacje Romów zaordynowane przez prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego ujawniły smutną, choć starą prawdę, że nie wszyscy Europejczycy są równi, a Romowie to wciąż pariasi. Jak przed wiekami w chwilach zagrożenia władza wciąż szukają kozłów ofiarnych.

Północ, południe

W 2011 r. Unia wchodzi z mechanizmem ratunkowym dla krajów strefy euro będących w tarapatach. Korzystać z niego będzie zapewne nie tylko Grecja i Irlandia - niewykluczone, że w kolejce po pomoc ustawią się niebawem Portugalia, Hiszpania, Włochy i Belgia.

Niestety, w spadku po podłym roku 2010 Unia odziedziczyła także coraz większy podział na stabilną Północ i sypiące się Południe. W sytuacji kiedy przynajmniej wszystkie kraje w UE są równe, podział na ratujących i ratowanych nie jest zdrowy. Wywołuje resentymenty u pierwszych (Niemcy nie chcą płacić na Greków), jak i drugich (Grecy, Irlandczycy czują się upokorzeni i oszukani, bo euro miało być dla nich tarczą).

W 2011 r. przy coraz większej przepaści między Północą a Południem zmniejszał się będzie nieco dystans między tzw. starą a nową Europą. A to głównie dzięki awansowi politycznemu Polski (dziś uznawanej za lidera regionu) i przyjęciu euro przez Estonię 1 stycznia 2011 r. Ta ostatnia pokazała, że surowa dyscyplina budżetowa czyni cuda.

Niestety, dwa kraje nowej Europy - Rumunia i Bułgaria - wciąż pozostaną na unijnych antypodach z powodu kryzysu, bardzo ostrych sporów wewnętrznych oraz niechęci Francji i Niemiec, by otworzyć im strefę Schengen. Frustracje Rumunów i Bułgarów prowadzić mogą do poważnych napięć z Brukselą, Paryżem i Berlinem.

Te dwa ostatnie stolice, po doświadczeniach z Bułgarią i Rumunią, nie rwą się do kontynuowania rozszerzenia Unii - w najbliższym czasie do klubu przystąpi tylko Chorwacja. W przypadku Islandii barierą nie do przejścia może się okazać narodowe referendum (eurosceptycyzm Islandczyków rośnie w miarę wychodzenia ich kraju z kryzysu).

Niemiecka Europa i spór o kasę

Przy okazji burzliwej debaty o mechanizmie ratunkowym dla strefy euro okazało się, że siłą napędową Unii są już tylko Niemcy. Francja dostała gospodarczej i politycznej zadyszki i nie spełnia już swej do tradycyjnej roli kontrolera poczynania Niemców.

Co gorsze przywódcza rola Komisji Europejskiej została mocno ograniczona, a pozycja jej przewodniczącego Jose Manuela Barrosa osłabła. Rzeczywistość przytemperowała też mocno ambicje Parlamentu Europejskiego. W Unii, której siła polega na zróżnicowaniu i równowadze, dominacja jednego kraju czy instytucji nie jest dobra.

2011 r. będzie przygrywką do wielkiej batalii o budżet na lata 2014-20. Podzieli ona Europę na płatników dążących do oszczędności oraz beneficjentów przekonywających, że cięcia zabiją unijną zasadę solidarności. Ton dyskursu usiłują narzucić ci pierwsi. Brytyjski premier David Cameron forsuje zasadę, że w obliczu przycinania narodowych budżetów nie można nie zmniejszać budżetu unijnego.

Prawdziwe negocjacje w sprawie budżetu mogą się zacząć już w lipcu. Zapowiedzią tego, co może się dziać podczas tych negocjacji, jest list sprzed kilku tygodni pięciu przywódców, w tym Nicolasa Sarkozy'ego, Angeli Merkel i Davida Camerona z żądaniem zamrożenia budżetu do 2020 r.

Apel o zamrożenie budżetu w znacznym stopniu ogranicza pole manewru Polski, która przejmuje przewodnictwo w Radzie UE w drugiej połowie 2011 r. i siłą rzeczy stanie się rzecznikiem beneficjentów.

Wielką miną jest rozpoczęte 1 stycznia półroczne przewodnictwo Węgier w UE. Budapeszt zaczął je w samym środku sporu o węgierskie prawo medialne. Kilku europejskich polityków (w tym szefowie frakcji liberałów i socjalistów) stwierdziło już, że państwo, które dławi wolność mediów, nie jest godne przewodzić Unii. A nie ma nic gorszego jak przetrącona na samym początku prezydencja, która nie jest w stanie wypełnić swej funkcji, ba - sprawia, że spada zaufanie świata do całej Unii.

Paradoksalnie lista problemów, z którymi Unia wchodzi w 2011 r., nastraja mnie optymistycznie. Historia pokazuje, że kryzys zawsze wyzwalał w Europie dodatkową energię i popychał integrację do przodu. Dlatego też sądzę, że informacje o jej zbliżającym się końcu są przedwczesne.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    17 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':