"Marna ulga w OFE nie podwyższy nam emerytury" - pisze na pierwszej stronie
"Dziennik Gazeta Prawna". Dziennikarze policzyli, że ogłoszona przez premiera możliwość dodatkowego oszczędzania w OFE (dodatkowe 2 proc. wynagrodzenia ponad obowiązkowe 19,52 proc., a po 2017 r. już 4 proc.) da zarabiającemu 2 tys. zł brutto obywatelowi, któremu brakuje 10 lat do emerytury, zaledwie parę groszy - jego emerytura zwiększy się o 23,41 zł miesięcznie. Na domiar złego nie wiadomo, czy rząd rzeczywiście przyzna ulgę podatkową na tę dodatkową składkę.
Niewesołe: oszczędzanie w OFE bez ulgi podatkowej nie będzie miało żadnego sensu (bo te same pieniądze można odkładać wtedy wygodniej i bardziej efektywnie samemu).
Jak komentuje tę ponurą wiadomość Tomasz Wróblewski, naczelny "DGP"? Rozweselająco: że premier Tusk "ostatecznie przeszedł na wiarę lewicową".
Według Wróblewskiego "lewicowe" jest zaufanie do państwa: "Państwo zastępuje Boga - to już najwyższy stopień lewicowego wtajemniczenia, kiedy premier, nie mając żadnych wyliczeń na potwierdzenie swoich tez, zapewnia, że emeryci na pewno nie stracą, bo pieniądze będzie gwarantowało państwo. Wiara w jego nieomylność i wypłacalność po wieki wieków".
OK, ja też w takie obietnice nie wierzę, chociaż uważam, że zaufanie do własnego państwa nie jest ani prawicowe, ani lewicowe. Poza tym - co nam zostaje innego? Wiara w rynek kapitałowy? W to, że kursy akcji "w długiej perspektywie" będą szły w górę? W uczciwość i wypłacalność bankierów? Przecież to czyste kpiny! Z dwojga złego wolę już polityków: nad nimi jest przynajmniej jakiś cień demokratycznej kontroli.
Sparafrazujmy ten cytat z Wróblewskiego - pod taką wersją by się pewnie podpisał: "Banki zastępują Boga - to już najwyższy stopień prawicowego wtajemniczenia, kiedy red. Wróblewski, nie mając żadnych wyliczeń na potwierdzenie swoich tez, zapewnia, że emeryci na pewno nie stracą, bo pieniądze będą gwarantowały rynki kapitałowe. Wiara ich nieomylność i wypłacalność po wieki wieków". Brzmi rozsądniej, prawda?
*
W
"Rzeczpospolitej" i
"Super Expressie" ciąg dalszy ciągnącego się od paru dni żałobnego zawodzenia nad zdjętym z anteny
TVP programem Jana Pospieszalskiego. Programu nie lubiłem i dwa czy trzy razy odmówiłem w nim udziału. Zawsze wydawał mi się ideologicznym, nudnym zakalcem, a tytuł "Warto rozmawiać" kpiną - przedstawicieli innych opcji niż prowadzący zapraszano do niego tylko po to, żeby służyli za chłopców (albo dziewczynki) do bicia. W imię pluralizmu można jednak było poświęcić paru telewidzów i Pospieszalskiego zostawić - choćby po to, żeby pokazać, że TVP dziś nie jest równie głupia, jednostronna i brutalna niż wtedy, kiedy rządziła nią delegatura
PiS.
W "Rz" wywiad z Pospieszalskim, któremu trudno jednak współczuć, bo mówi o zdjęciu swojego programu m.in. tak: "Można to postrzegać jako próbę eliminacji resztek patriotycznej, narodowej czy konserwatywnej wrażliwości na ekranie TVP, resztek symetrii w debacie publicznej na antenie publicznej. (..) Nigdy nie było tam dla nas [wrażliwych konserwatystów - przyp. AL] dobrych czasów. Przez sześć lat obecności w TVP, z krótkim wyjątkiem prezesury Wildsteina, nasza wrażliwość nie była traktowana jako równoprawny głos w debacie. Na tych korytarzach nigdy nie czuliśmy się u siebie."
Rozumiem, że autor czuje się skrzywdzony. To jednak nie powód, żeby odmawiać wszystkim ludziom o innych poglądach bycia patriotami - a to właśnie powiedział Pospieszalski: "jak mnie zabraknie, patriotyzm zniknie z anteny TVP". Tego typu arogancja jest typowa dla całej naszej prawicy. Ci panowie (bo zwykle są to panowie) myślą, że mają darowany przez nie wiedzieć kogo monopol na patriotyzm i "wartości". Do głowy im nie przychodzi, że może być inaczej.
Po drugie - w czasach Wildsteina cała telewizja mówiła jednym głosem, uderzająco podobnym do głosu Pospieszalskiego. Jeżeli autor "Warto rozmawiać" tak rozumie "symetrię w debacie", to mamy tu do czynienia z nieporozumieniem. Szkoda, że prawica zaczyna doceniać uroki pluralizmu dopiero wtedy, kiedy traci władzę. Kiedy ją ma, widzi w nim tylko zbędne koncesje na rzecz ideologicznych wrogów.
W "Super Expressie" Pospieszalskiemu współczuje jeszcze Teresa Bochwic, reprezentująca Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy. Według niej "Warto rozmawiać" to wzór obiektywizmu, a program Tomasza Lisa jest "manipulatorski, lansujący lewicowo-liberalny światopogląd". Bochwic odsłania też bardzo interesującą wizję medialnego pluralizmu w Polsce: "Zgodnie z ustawą o radiofonii i telewizji wszystkie media w Polsce powinny prezentować chrześcijański system wartości", bo "95 proc. Polaków to katolicy". No i wszystko jasne.
*
Jeszcze w sprawie religii:
"Rzeczpospolita" otwiera dział krajowy z informacji (która jest też we wszystkich innych gazetach), że komisja watykańska potwierdziła cud Jana Pawła II i droga Papieża Polaka do beatyfikacji jest już formalnie otwarta. Nie wiem, dlaczego redaktorzy "Rz" akurat to uznali za najważniejsze wydarzenie dnia w Polsce, ale niech im będzie.
Inaczej uczcił to
"Super Express", drukując fragment wywiadu z aktorką Anną Muchą, występującą w nowej polskiej komedii erotycznej z Piotrem Adamczykiem, grywającym niegdyś Jana Pawła II. "Jeśli mam sypiać z papieżem, wolę być lesbijką" - cytuje Muchę "SE". Tabloid tłumaczy: "Wskazuje w ten sposób, że Adamczyk lepszy byłby grając dalej w filmach o Janie Pawle II, a nie jako amant w komediach erotycznych".
Aż strach pomyśleć, co się stanie z karierą Adamczyka, kiedy Papież Polak oficjalnie zostanie świętym.