"Podczas powodzi dużo mówiono o tym, aby ludność ubezpieczała się od klęsk żywiołowych - jestem przykładem, że towarzystwa ubezpieczeniowe potrafią zbierać składki i tylko tyle. Oni kpią z ludzkiej tragedii! Mówi się, że nadzieja umiera ostatnia, pod warunkiem że ma się jeszcze tę nadzieję..." - pisze do premiera Cezary Kuś, przedsiębiorca z Wilkowa.
Jak to się robi w Szwajcarii
Kuś razem z ojcem, żoną i synem od 1994 r. prowadzi firmę. Zaczynał od stacji benzynowej z jednym zdezelowanym dystrybutorem. Przez 16 lat rozwinął działalność. Kiedy w maju i czerwcu woda zalewała 90 proc. powierzchni gminy Wilków, Kuś miał największą w gminie stację paliw i firmę przewozową z trzema tirami. Oprócz rodziny zatrudniał dziewięć osób.
- Kiedy rozkręcałem firmę, pojechałem w interesach do Szwajcarii. Nocowałem w domu znajomego. Akurat były duże ulewy i zalało mu piwnicę. Znajomy był ubezpieczony w firmie Allianz. Następnego dnia przyjechał do niego likwidator szkód, wszystko obfotografował. Po czterech dniach dostał na konto pieniądze. Byłem pod wrażeniem. Kiedy tylko wróciłem do Wilkowa, wyszukałem telefon agenta firmy Allianz i też się ubezpieczyłem.
Wiosną, podczas powodzi, Wisła dwukrotnie zalała Kusiowi cała firmę. Uratował tylko tiry, którymi zdążył uciec. On i ojciec stracili domy. Woda sięgnęła pierwszego piętra. Kiedy opadła, zadzwonił do lubelskiej agencji Allianz, gdzie ubezpieczał się od ponad dziesięciu lat.
- Niezbyt szybko, ale tak jak w Szwajcarii przyjechał rzeczoznawca. Złożył wyrazy ubolewania. "Panie, tu nie ma co gdybać. Szkoda jest całkowita. Lada dzień prześlemy pieniądze na konto" - przekonywał - Cezary Kuś pamięta, że to było w połowie czerwca.
Kuś był ubezpieczony na 1,2 mln zł. Mijały tygodnie, pieniądze na konto przedsiębiorcy nie wpływały. Na początku sierpnia zdeterminowany Kuś napisał osobisty e-mail do szefów firmy Allianz. Odpowiedział mu sam wiceprezes zarządu Piotr Dzikiewicz.
"Przepraszamy za zwłokę w załatwieniu zgłoszonego przez Pana roszczenia. W szczególności przykro mi, że kilkakrotnie nie dotrzymaliśmy danego słowa i nie skontaktowaliśmy się z Panem w uzgodnionym terminie. Obecnie raz jeszcze analizujemy sprawę i najpóźniej jutro nasz pracownik skontaktuje się z Panem, aby przedstawić nasze stanowisko" - napisał Dzikiewicz 4 sierpnia.
Od powodzi w Wilkowie minęło już pół roku, a Allianz wypłacił Kusiowi w kilku transzach tylko 380 tys. zł. Przedsiębiorca, by utrzymać rodzinę, odbudować biznes i nie zwalniać ludzi, zaciągał kolejne kredyty. Dziś razem z ojcem wynajmuje mieszkanie w Puławach i walczy, by firma nie upadła.
Nie chojracz, bo się doigrasz
Przed powodzią Wilków był jedną z najbogatszych gmin na Lubelszczyźnie. Słynął z uprawy szyszek chmielu (jedna trzecia krajowej produkcji), jabłek i malin.
Dariusz Szałas, 30-latek, przejął po rodzicach prawie cztery hektary sadu. Z jabłek można żyć, ale tylko wtedy, gdy wybuduje się przechowalnie. Na jesieni za kilogram championa płacą na giełdzie owocowej 50 gr, w maju nawet 3 zł. Dwa lata temu wziął 70 tys. kredytu, dołożył wszystkie oszczędności i za 100 tys. postawił chłodnie, gdzie zmieści się 60 ton jabłek. Szałas nigdy się nie ubezpieczał. Aż do lutego tego roku, kiedy w spożywczym spotkał kolegę z dzieciństwa, wiejskiego listonosza.
- Chojraczysz, chojraczysz, aż się doigrasz. Ubezpiecz chłodnie, a najlepiej też i chałupę. Przyjdzie Wisłą duża woda albo huragan i wszystko stracisz. A tak będziesz spał spokojnie - przekonywał doręczyciel.
- Dałem się przekonać także dlatego, że ubezpieczenia dawała poczta, a to przecież państwowa firma, która nie upadnie - Szałas wyciąga z szuflady umowę z firmą MTU należącą do grupy Hestia. Chłodnie ubezpieczył na 56 tys., dom na 140 tys. Zadzwonił, jak tylko rzeka wylała. Oszacował swoje straty na co najmniej 100 tys. zł.
Chłodnia nadaje się do rozbiórki (od wilgoci spuchły zaizolowane ściany, woda podmyła fundament), 30 ton jabłek, których nie zdążył wywieźć, zgniło, do parterowego domu także wlała się woda.
Rzeczoznawca, który tydzień później dotarł do Wilkowa, nie miał wątpliwości: szkoda jest całkowita. Jednak pieniądze na konto Dariusza Szałasa nie wpływały. Kiedy trzy tygodnie później po raz pierwszy zadzwonił z pretensjami na infolinię MTU (tel. 801 107 108), miła pani prosiła o cierpliwość. Szałas telefonował tam jeszcze kilkadziesiąt razy, ale za każdym razem słyszał inne tłumaczenia: że nie ma decyzji, że jest decyzja, ale nie możemy udzielić informacji przez telefon, że przedstawił błędny kosztorys. Gdzieś od września w ogóle nie mógł tam się dodzwonić. Połączenia odbierał automat i wciąż kazał czekać, nawet po pół godziny. Ciągle bez efektu.
Przyciśnięty do muru wynajął prawnika, który postraszył ubezpieczyciela sądem. 12 października MTU zdecydowało się wypłacić Szałasowi odszkodowanie: za chłodnie - 2,2 tys., za dom - 20 tys., za stodołę - 700 zł. Razem - 22 tys. 900 zł. Ta kwota starczy mu na wymianę 12 okien i drzwi wejściowych. - Część sadu ocalała i jesienią zebrałem trochę jabłek. Tylko co z tego, jak nie mam chłodni?
Prawnik napisał już odwołanie.
Jest pozew, są pieniądze
Przed pięcioma lata pan Krzysztof, lekarz z Lublina, kupił za miastem dom. Tuż po wyjściu od notariusza poszedł do firmy ubezpieczeniowej i wykupił polisę od kradzieży.
Źródło: Gazeta Wyborcza