http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dla dobra dzieci?

Natalia Waloch, Toruń
2011-01-04, ostatnia aktualizacja 2011-01-04 11:57

Damian z panią Elżbietą. Od 2002 r. Płócienniczakowie są dla chłopca rodziną zastępczą
Damian z panią Elżbietą. Od 2002 r. Płócienniczakowie są dla chłopca rodziną zastępczą
Archiwum prywatne

Czy odmowa zapisania dzieci z wirusem HIV na zajęcia ze zdrowymi rówieśnikami to dyskryminacja? Rzecznik praw dziecka mówi: nie. Oto historia, jak rodzina zastępcza chciała pomóc, ale musiała się poddać

ZOBACZ TAKŻE
Elżbieta i Janusz Płócienniczakowie z Torunia wychowali jako rodzice zastępczy dwójkę dzieci. Dwoje innych adoptowali.

Mieli nadzieję, że stworzą dom dla kolejnej trójki rodzeństwa. W 2008 r. zajęli się zabranymi zarażonej HIV matce: Patrycją, nosicielką HIV (dziś 6-letnia), zdrową Kamilą (5 lat) i zdrowym Hubertem (2 latka).

Od 2002 r. w rodzinie Płócienniczaków jest też 9-letni dziś Damian - także nosiciel wirusa HIV. Rodzice zastępczy w 2009 r. chcieli zapisać: Patrycję, Damiana i Kamilę na zajęcia pozalekcyjne. Elżbieta zdobyła na to 16,2 tys. zł z fundacji Przyjaciółka. Wybrali mającą placówki w całym kraju Akademię Nauki. Trójka dzieci miała iść na język angielski, a Damian dodatkowo na kurs "Mądre dziecko" (obejmuje m.in. naukę technik pamięciowych i szybkiego czytania), a dziewczynki na zajęcia z cyklu "Mały odkrywca" (zabawy i doświadczenia rozbudzające potencjał dziecka).

Pani Elżbieta poinformowała Akademię, że dwójka dzieci ma HIV. - Nie musiałam tego robić, ale uznałam, że tak będzie uczciwie wobec pracowników Akademii, na wypadek gdyby któremuś z dzieci kiedyś coś się stało - wyjaśnia.

Po tej informacji Akademia zaproponowała dzieciom Płócienniczaków zajęcia indywidualne. W piśmie do Elżbiety i Janusza szefowa toruńskiego oddziału AN Ewelina Kornowicz wyjaśniła, że chodzi o dzieci, które mogłyby spotkać nieprzyjemności ze strony rówieśników. Po drugie, Akademia obawiała się strat finansowych. "Jako firma komercyjna nie możemy pozwolić sobie na to, aby z powodu nieporozumień i uprzedzeń zaryzykować sytuację, w której ujawnienie informacji dotyczącej stanu zdrowia dzieci wpłynęłoby na liczbę osób uczęszczających na zajęcia, a tym samym na sytuację finansową firmy" - napisała m.in. Kornowicz.

Rzecznik praw dziecka: Nic się nie dzieje

Zajęcia indywidualne okazały się dużo droższe. Kurs "Mądre dziecko" dla zdrowego dziecka kosztuje 1,2 tys. zł. Gdy zajęcia są indywidualne trzeba opłacić dodatkowo pięć pustych miejsc w grupie, czyli 7,2 tys. zł. Dla Damiana Akademia zrobiła wyjątek. Kurs wyceniła "tylko" na 3,6 tys. zł. Za angielski chłopiec zapłacił 2,7 tys. zł zamiast 900 zł (bez upustu byłoby 5,4 tys. zł). Podobnie wyceniono zajęcia dla dziewczynek.

- Mimo wszystko zapisałam dzieci na zajęcia. Obiecaliśmy im je, cieszyły się - mówi Elżbieta. - Liczyłam, że może mimo wszystko uda mi się dogadać z Akademią.

Kornowicz: - Inne szkoły w ogóle odmówiły przyjęcia dzieci pani Płócienniczak. My staraliśmy się znaleźć rozwiązanie najlepsze dla wszystkich. Nie naszą misją jest zmieniać społeczeństwo. Przyjęcie tych dzieci do grupy nie miałoby prawdopodobnie większego wpływu na społeczny odbiór osób zarażonych HIV, a nie wiadomo, jak potoczyłyby się sprawy, gdybym nie poinformowała rodziców, a oni by się o tym dowiedzieli.

Sprawę Akademii Płócienniczakowie zgłosili do rzecznika praw dziecka w Warszawie. "Analiza problemu pozwoliła na stwierdzenie, że nie należy go rozpatrywać jako dyskryminacji, rozumianej zarówno jako szykanowanie czy prześladowanie, wykluczenie społeczne, czy też traktowanie mniej przychylnie bądź odmiennie różnych podmiotów znajdujących się w podobnej sytuacji" - pisze do "Gazety" pracownik biura prasowego RPD Maciej Zwierzyński. Dodaje, że Płócienniczakowie mogli nie zgodzić się na zaproponowane przez Akademię warunki. - Należało zabezpieczyć zarówno dobro, bezpieczeństwo i prawa dzieci chorych, ale też dzieci zdrowych - dodaje Zwierzyński.

Rodzice: Poddajemy się

Rodzeństwo: Patrycja, Kamila i Hubert to niejedyne dzieci Płócienniczaków. Najpierw zaadoptowali 29-letniego dziś Rafała. Miał ciężką wadę serca. Wykształcił się, mieszka w Anglii. Potem wzięli Izę z porażeniem mózgowym. Skończyła polonistykę i germanistykę, ma 27 lat, pracuje w banku. Ilona (dziś 22-letnia) z powodu autyzmu, porażenia mózgowego i alergii na gluten nigdy nie będzie samodzielna. Elżbieta zrezygnowała z pracy, by się nią zajmować. Skończyła kursy: psychologiczny, terapii przez zabawę, wspomagania półkul mózgowych przez ruch.

Płócienniczakowie zawsze spotykali się z niezrozumieniem, ale dotąd sobie z tym radzili. Damiana wzięli w 2002 r., gdy miał dziesięć miesięcy. Nie chciało go żadne toruńskie przedszkole, potem podstawówka. Szkolny dentysta odmówił mu leczenia. Matki pisały do dyrekcji i magistratu, że nie chcą, aby chłopiec pływał w szkolnym basenie. Koledzy wołali do niego: "Niedługo pójdziemy na twój pogrzeb!". Damian zaczął długopisem zdzierać sobie skórki przy paznokciach. - Jak będę miał rany, to mnie nie poślesz do szkoły - wyjaśnił Elżbiecie. Dziś chłopiec ma lekcje indywidualne.

Patrycją, Kamilą i Hubertem, kiedy dzieci nie chciał żaden dom dziecka w Polsce, nawet prowadzony przez zakonnice, w 2008 r. zajęli się Płócienniczakowie. Chcieli otrzymać status zawodowej rodziny zastępczej. Dzięki temu oprócz pieniędzy na dzieci (na Damiana i inne chore maluchy dostawali po mniej więcej 900 zł miesięcznie), jedno z rodziców dostaje pensję (dziś Elżbieta jest na wcześniejszej emeryturze, Janusz na rencie, każde dostaje ok. 600 zł miesięcznie). Ale najpierw musieliby skończyć specjalny kurs. Tu zaczął się konflikt z toruńskimi urzędnikami. Płócienniczakowie od lat narzekają na współpracę z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie oraz Ośrodkiem Adopcyjno-Opiekuńczym. Urzędnicy odpierają, że to Płócienniczakowa jest konfliktowa.

Historia z Akademią Nauki przelała czarę goryczy. - Nie byliśmy w stanie pokonać wszystkich problemów, jakie przez lata piętrzyły się przed nami urzędy i szkoły - mówi pani Elżbieta. - Na jesieni postanowiliśmy oddać trójkę dzieci, które przyszły do nas najpóźniej, do adopcji.

Patrycja, Kamila i Hubert mają już nowe domy. Płócienniczakowie proszą, żeby zmienić im imiona. - Żeby one i ich nowi rodzice mieli święty spokój - tłumaczą. - Bo w tym kraju dziecko z HIV nie ma przyszłości.

Jak się można zarazić?

HIV, czyli ludzkim wirusem nabytego zespołu braku odporności, można się zarazić przez: stosunek seksualny z zarażoną osobą, kontakt z zakażoną krwią (np. przez transfuzję czy używanie zanieczyszczonych strzykawek), przez łożysko, co oznacza, że matka nosicielka może urodzić dziecko z HIV (medycyna umie często zapobiec przeniesieniu wirusa na potomka). Nie można zarazić się przez używanie wspólnych naczyń, korzystanie z basenu czy sauny. Ślina, pot czy łzy osoby zarażonej zawierają minimalne ilości wirusa i nie stanowią zagrożenia dla zdrowych osób, chyba że znajduje się w nich krew. Przy stosowaniu odpowiednich leków bywa, że poziom wirusa u zarażonego spada poniżej poziomu wykrywalności. Wiele osób żyje z HIV latami bez żadnych objawów, zanim wystąpi u nich AIDS, czyli choroba wywoływana przez HIV.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 96 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    26 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':