W Łodzi jest 14 szkół z klasami integracyjnymi, w których uczniowie zdrowi uczą się z chorymi. Z dziećmi na wózkach, cierpiącymi na astmę, cukrzycę, epilepsję,
choroby nerek, serca i układu pokarmowego, z wadami kręgosłupa, nowotworami, upośledzeniem intelektualnym czy nadpobudliwością psychoruchową.
W klasie integracyjnej może być maksymalnie 20 uczniów, w tym od trzech do pięciu niepełnosprawnych. To bardzo mało, dlatego chore dzieci uczą się też w zwykłych klasach, również w szkołach prywatnych, gdzie trzeba płacić czesne.
W zeszłym roku na zlecenie urzędu miasta socjolodzy z Uniwersytetu Łódzkiego opracowali i przeanalizowali 883 ankiety wypełnione przez rodziców zarówno dzieci chorych, jak i zdrowych z klas integracyjnych.
Rozmowa z dr Grażyną Mikołajczyk-Lerman, Instytut Socjologii UŁ Marcin Markowski: Czy klasy integracyjne to coś, co się w edukacji udało? Dr Grażyna Mikołajczyk-Lerman: Pomysł był dobry. Niepełnosprawne dziecko ma szanse nauczyć się żyć wśród zdrowych dzieci, a na dłuższą metę - poradzić sobie w życiu. Dzieci zdrowe uczą się natomiast dostrzegać niepełnosprawnych i rozumieć ich potrzeby. Wydawałoby się, że to świetna lekcja tolerancji. Niestety, tylko w naszej wyobraźni. Aż 35 proc. uczniów niepełnosprawnych nie bierze udziału w przygotowaniach szkolnych akademii czy wigilii. Jeszcze gorzej jest poza szkołą. Prawie co drugi z nich nie bywa na urodzinach u zdrowych kolegów. Nigdy nie towarzyszył zdrowym rówieśnikom w wypadzie do kina czy teatru. Nie był z nimi nawet na spacerze. I na odwrót: zdrowi koledzy nie odwiedzają chorych w ich domach, a jeśli już, to od święta.
Dlaczego? - W Łodzi jest tylko kilka szkół z klasami integracyjnymi. Uczniowie niepełnosprawni są dowożeni z odległych dzielnic, są przez to obcy. Nikt ich nie zna z podwórka, placu zabaw czy z przedszkola. Ale dziecko niepełnosprawne jest obce także tam, gdzie mieszka, bo nie chodzi do szkoły rejonowej. To, jak bardzo jest wykluczone, zależy też od typu i stopnia schorzenia. Szans na kolegów nie mają dzieci nawet tylko lekko upośledzone intelektualnie.
Mówi pani o dobrej lekcji tolerancji, a z raportu wynika, że rodzice dzieci zdrowych posyłają je do klas integracyjnych z przyziemnych względów. Ponad połowa wybiera je dlatego, że jest w nich mniej uczniów. Co piąty przyznaje: "Wybór klasy integracyjnej to przypadek". - Gdy robimy badania o partnerstwie w rodzinie i pytamy, kto powinien zmywać, słyszymy: "obydwoje", "ten, kto ma akurat czas". Ale gdy zapytamy, kto naprawdę zmywa, odpowiedź brzmi: żona. Podobnie jest z tolerancją. Wiemy, że wypada być tolerancyjnym, ale często nam się to nie udaje. Zdarzało się, że w ankietach rodzice pisali, że ich dziecko "boi się niepełnosprawnych", a nawet, że "się brzydzi".
Czy rodzice rozmawiają z dziećmi o ich chorych kolegach? Tak, ale dużo z nich odpowiada: "Rozmawiamy, bo te dzieci rozrabiają na lekcjach".
A to od rodziców zależy najwięcej. Jeśli nie reagują, gdy ktoś na niepełnosprawnego mówi "kaleka" czy "głupek", to żadna klasa integracyjna nie pomoże.
Nauczyciele wypadają w raporcie bardzo dobrze. - Rodzice dzieci niepełnosprawnych chwalą ich głównie za pomoc w rozwiązywaniu problemów oraz informowanie o postępach i sukcesach dzieci, choć i tu zdarzają się kwiatki. Jeden z nauczycieli nie zabrał na wycieczkę ucznia z astmą, twierdząc, że Piotrek sobie nie poradzi. Niby dlaczego?
Dla mnie klasy integracyjne są etapem przejściowym. Jak najszybciej powinno się dostosowywać wszystkie szkoły do potrzeb chorych uczniów. Oczywiście, szkoły trzeba wzmocnić specjalistami, ale to się opłaci! Niepełnosprawne dziecko, które teraz dostanie wsparcie, kiedyś nie będzie pobierać zasiłku z kieszeni podatnika.
Na razie jednak nawet klas integracyjnych jest za mało, zwłaszcza w gimnazjach. W Łodzi na jedno miejsce dla niepełnosprawnego ucznia przypada czterech chętnych.
Co się dzieje z tymi trzema? - Idą do szkoły specjalnej.
To dobrze czy źle? - Rodzice często się cieszą. Mówią: "Dziecko wreszcie nie odstaje, ma kolegów, nawet sukcesy". Ale szkoła specjalna to koniec. Zarówno edukacji - po integracyjnym
gimnazjum można iść do liceum, a nawet na
studia - jak i szans na nauczenie się życia wśród ludzi zdrowych. W szkole specjalnej co najwyżej mogą zdobyć zawód i iść do pracy, ale z reguły siedzą w domach i coraz bardziej zamykają się w swoim świecie.