Jedno ze skrzyżowań w Płocku. Tuż przy ulicy ekran ledowy z reklamami. Migają jaskrawe reklamy. Co chwilę błyski rozświetlają wszystko w okolicy.
- Aż bolą oczy - skarżą się kierowcy. - Nie dość, że przez moment nie widać niczego innego, to jeszcze się człowiek rozprasza, dekoncentruje.
Daje po oczach, znaczy dobrze W miastach jest coraz więcej takich ekranów. W branży mówi się o nich "dynamiczna reklama outdoorowa. Na stronie jednego z producentów można przeczytać, że ekran
LED to reakcja na fakt, że "przy wszechobecnym statycznym outdoorze percepcja odbiorcy ulega stępieniu". Czyli że tradycyjnych, nieruchomych billboardów ludzie już nie widzą. Tymczasem ekran ledowy gwarantuje "maksymalne skupienie uwagi potencjalnych klientów". W praktyce nieźle daje po oczach.
- Pewnie, że spotkaliśmy się z opinią, że ekrany oślepiają kierowców, że ich rozpraszają. Tylko że to wina właścicieli - mówi nam pracownik jednego z wiodących producentów ekranów. - My przekazujemy im urządzenie o określonej mocy. Rekomendujemy, jak bardzo jaskrawe powinno być światło. Bo to można regulować, a ekran powinien mocniej świecić za dnia, słabiej po zmroku. Tyle że właściciele ustawiają je na maksa. Żeby klient - reklamodawca - był zadowolony.
- Zawsze zwracamy uwagę, by nasze ekrany nikomu nie przeszkadzały - mówi Anna Nowacka z płockiej agencji reklamowej Media Spectrum. - Wszystkie działają tylko do godz. 22, 22.30, potem są wyłączane. Jeśli chodzi o jasność, teraz, w sezonie zimowym, ekrany są przygaszone, wykorzystują tylko 30-40 proc. To naprawdę nie jest dużo.
Problem polega na tym, że trudno określić, co to jest "dużo", a co "mało". Bo nie ma żadnych przepisów, które określałyby, z jaką maksymalną jaskrawością - fachowo: luminancją - mogłyby świecić ekrany ledowe.
Naukowcy mówią: Dość - Te reklamy są bardzo niebezpieczne. Odwracają uwagę kierowcy, przeszkadzają - uważa Jan Grzonkowski, przewodniczący Polskiego Komitetu Oświetleniowego. - Bardzo często ich luminancja jest znacznie większa niż wszystkiego, co znajduje się w otoczeniu, tj. oświetlenia ulicznego, sygnalizacji. Zresztą taka reklama z założenia ma być krzykliwa. Powstała, by skupiać uwagę na sobie, odwracać ją od czegokolwiek innego.
Grzonkowski dodaje, że nie ma europejskiej normy, która określałaby, jak jasno można świecić w pobliżu dróg, skrzyżowań, przejść dla pieszych. - Każdy kraj rządzi się w tym temacie sam. Są skrajne przypadki, jak np.
Hiszpania, w których tego typu reklamy w ogóle są zakazane, zarówno w miastach, jak i przy autostradach. Są kraje, które na takie kwestie nie zwracają uwagi. Polska należy właśnie do tych ostatnich.
Polski Komitet Oświetleniowy stworzył już list apel w sprawie świecących bez opamiętania reklam. Chce wysłać go do biura legislacyjnego Sejmu oraz do Ministerstwa Infrastruktury.
Jednym z sygnatariuszy listu jest prof. Wojciech Żagań z Politechniki Warszawskiej. Tłumaczy: - Musi powstać przepis ograniczający intensywność reklam w okolicach jezdni. Światło można zmierzyć, podobnie jak hałas czy zapach. Tyle że w przypadku hałasu czy zapachu mamy normy, a w przypadku światła - nie.
W opinii profesora dopuszczalna jaskrawość powinna wynosić między 20 a 50 kandeli na metr kwadratowy. Góra 100. - To tyle ile ma ekran komputerowy - wyjaśnia profesor. - A w Polsce co się dzieje? Jakiś czas temu na siedzibie jednego z urzędów gmin w Warszawie zawisł ekran ledowy. Już w przetargu określone było, że musi mieć nie mniej niż 3 tys. kandeli na metr kwadratowy. Nie można pozwolić, by reklama była na drodze najważniejsza. By znaki, sygnalizacja stanowiły tylko jej ciemne tło. Tym bardziej w Polsce, gdzie dochodzi do tylu wypadków.
Polski Komitet Oświetleniowy ma nadzieję, że konsekwencją jego apelu będzie wprowadzenie dla przydrożnych reklam odpowiednich norm.
Liczą na to także urzędnicy. - W Miejskim Zarządzie Dróg dostrzegają problem - usłyszeliśmy w biurze prasowym płockiego ratusza. - Wszystko rozbija się o brak przepisów. Teraz, kiedy oceniamy, że ekran może rozpraszać kierowców, jedynym wyjściem jest droga sądowa.