http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Paszport dla wroga ludu

Aleksandra Szyłło
2011-01-03, ostatnia aktualizacja 2011-01-03 18:01

O człowieku, który - jak na prawdziwego mężczyznę przystało - bał się pójść do lekarza, i jego kobiecie, której nie chce żadne państwo

Znajomi nie mówią o nich inaczej jak "Krzysztonie". Wiadomo, zawsze przyjdą razem, nawet jeśli umówisz się tylko z połową: Ton Van Anh i Robert Krzysztoń. Kiedy się poznali? Dokładnie nie pamiętają... Chyba w 2002 r., a może rok wcześniej. Już wtedy niezależnie od siebie działali na rzecz imigrantów. W każdym razie od tego czasu, a precyzyjnie rzecz ujmując - od drugiej randki - są nierozłączni. Razem żyją i razem pracują, prowadząc de facto 24-godzinne pogotowie ratunkowe funkcjonujące na zasadzie: "Jesteś w czarnej d... - dzwoń - coś się wymyśli". O pracy można by mówić długo, bo to właściwie całe ich życie, ale wyjątkowo ten wątek na chwilę odłóżmy. Van Anh i Robert chcieliby wziąć ślub.

- Na formalnościach nigdy nam nie zależało - zastrzega od razu Van Anh.

- Nigdy nie zależało, ale teraz zależy - poprawia Robert. - Bo ja prawdopodobnie umieram. Wznowił mi się rak sprzed 12 lat. W warszawskim Centrum Onkologii zaproponowali mi leczenie... paliatywne. Pomogłem w życiu setkom imigrantów, ale można powiedzieć, że zapomniałem o tej jednej osobie, tej, która mieszka pod moim dachem. Zawsze uważałem, że kobiet nie należy zbytnio rozpieszczać - żartuje, ale po chwili mina mu rzednie - ale nie mogę jej przecież zostawić z niczym.

Druga strona

- Strasznie trudno być po tej drugiej stronie, trudno potrzebować pomocy. To ja całe życie pomagałem. Od czasów liceum byłem tak zwanym działaczem - mówi Robert. Pytany o udział w opozycji demokratycznej zaznacza: - Wyjaśnijmy od razu. Nie chcę być żabą, która daje łapy do podkucia tam, gdzie się podkuwa konie. Dziś wszyscy łatwo mianują się przyjaciółmi Kuronia i czołowymi aktywistami. Ale mam swoje drobne satysfakcje.

- Robert był jednym z pierwszych, którzy zaangażowali się w działalność opozycyjną w 1976 r. Jako dzieciak kolportował w liceum Batorego wydawnictwa KOR, ROPCiO, Ruchu Młodej Polski - wspomina Mirosław Chojecki. - Miał "dobrego ducha", choć bywały z nim kłopoty. Wymyślił tzw. fotograficzną technikę powielania, czym ledwo nas nie zrujnował. Bo to było tak drogie, że złapaliśmy się za głowy i musieliśmy szybko z tego rezygnować. Ale z chłopaka wypisującego wolnościowe hasła na murach szybko przekształcił się w kolegę, na którym bardzo polegaliśmy. W stanie wojennym został wybrany do Senatu UW ogromną większością głosów. Redagował pisma "Uczeń Polski" i "Nurt", był szefem Komisji Kultury w NZS. Pamiętam, jak pomagał przy zakładaniu Komitetów Obywatelskich, zaplecza politycznego przed pierwszymi demokratycznymi wyborami do Sejmu.

Krzysztoń: - Chcę podkreślić, że dla chłopaka udział w tych wydarzeniach to była przede wszystkim wielka przygoda i nobilitacja, a nie strach i poświęcenie. Jak inaczej poznałbym takich ludzi jak Jerzy Andrzejewski czy Tadeusz Konwicki, w jakich okolicznościach miałbym szansę pić z nimi wódkę, rozmawiać, chłonąć ich wiedzę i sposób patrzenia na świat?

- W wolnej Polsce z Robertem spotkaliśmy się znowu dopiero po roku 2000 - mówi Chojecki. - Zaprosiłem go do Stowarzyszenia Wolnego Słowa, żeby prowadził projekty dla imigrantów z Wietnamu. Był znawcą tematu, a zgadzaliśmy się co do rzeczy podstawowej: skoro polscy działacze opozycyjni dostali tyle pomocy od wolnych państw w czasach PRL, to mamy dług do spłacenia. Ludziom uciekającym od totalitarnych reżimów należy się wsparcie. Nie możemy godzić się na politykę, że interesy finansowe są ważniejsze od praw człowieka.

- Działanie zawsze było moim żywiołem. Trudno jest dopiero teraz. Trudno jest prosić o konsultację kolejnego lekarza, bo poprzedni powiedzieli ci, że nie ma szans. Trudno jest, jak moja kobieta, młodsza ode mnie o 17 lat, pomaga mi dojść do toalety. I trudno, gdy znajomi przynoszą mi pieniądze na leki i leczenie. I ja wiem, że powinienem uśmiechnąć się i im podziękować - wyznaje Robert. - Zwlekałem z wykonaniem badań, to prawda. Gdy nie mogłem usiedzieć z bólu z przyjaciółmi przy piwie, mówiłem, że to kręgosłup. No, piękne wytłumaczenia sobie wynajdywałem. Nie teraz, bo mam przecież do napisania projekt, od którego zależy byt iluś tam osób. Nie teraz, bo muszę jeszcze załatwić to czy tamto. Operacja wstępna, do której kwalifikuję się od razu, jeśli ktoś jeszcze w ogóle podejmie się mojego leczenia, nazywa się stomia - wyprowadzenie sztucznego odbytu. Wiem, że papież to miał. Wiem, że żył z tym przez wiele lat i nie przeszkadzało mu to ciężko pracować i zmieniać świat. Ale papież nie miał młodej kobiety, nie? Operacja właściwa, której w polskich szpitalach lekarze nie chcą się podjąć, to wycięcie całego jelita grubego, części mięśni, skóry, być może także fragmentów trzustki i wątroby. Będę dużo lżejszy.

Wróg ludu

- Ślubu jednak najpewniej nie będzie - ciągnie Robert. - W urzędzie stanu cywilnego Van Anh musiałaby pokazać paszport, a ona go nie ma.

Dlaczego? Ton Van Anh to człowiek instytucja. Przyjechała z Wietnamu do Polski w wieku 12 lat. Jest piękna, choć - jak sama mówi - żaden typowy Wietnamczyk nie chciałby jej za żonę.

- Zamiast robić pieniądze na handlu tanimi ciuchami, zamiast szybko urodzić dzieci zaradnemu Wietnamczykowi i zająć się urządzaniem nowoczesnego segmentu na trasie Warszawa - Wólka Kosowska, gdzie kwitnie handel, rozrabiam, pisząc artykuły o prawach człowieka, wykłócam się w urzędach o moich imigrantów i organizuję demonstracje - uśmiecha się.

- W naszej kulturze kobieta powinna być cicha i potulna - mówi Le Dien Duc, autor popularnego wśród Wietnamczyków na emigracji opozycyjnego blogu. - Cenię jej działalność, ale to wiedźma.

Van Anh jest korespondentką Radia Wolna Azja, współtworzy polsko-wietnamski portal wolnościowy www.benviet.org, w Stowarzyszeniu Wolnego Słowa prowadzi projekty na rzecz imigrantów współfinansowane przez UE. Razem z Robertem robiła raban, gdy wietnamska bezpieka z wydziału A18 przesłuchiwała i zastraszała w polskim urzędzie jej rodaków. Ma dwa stare telefony komórkowe, które nieustannie dzwonią: "nielegalna" urodziła dziecko w szpitalu i nie ma na opłatę; ktoś idzie do lekarza i trzeba przetłumaczyć rozmowę; chłopaka próbuje wyrolować zatrudniający go Polak i trzeba pomocy prawnej.

Ambasadzie Socjalistycznej Republiki Wietnamu taka działalność najwidoczniej nie w smak. Gdy paszport Van Anh stracił ważność i wystąpiła o nowy, dostała odmowną, ale jakże szczerą odpowiedź na piśmie: "Podstawą niniejszej decyzji jest prowadzenie przez panią Ton Van Anh działalności sprzecznej z interesami państwa, ludu wietnamskiego i tradycyjnych stosunków polsko-wietnamskich". A gdy poszła do ambasady pismo odebrać, usłyszała równie szczere wyznanie pracownika konsulatu, że decyzja nie była podjęta przez konsula, tylko wydana przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego w Hanoi.

- Mam teraz roczną kartę pobytu, która straci ważność za miesiąc. Żeby złożyć podanie o kolejną kartę, też potrzebny jest paszport. Za miesiąc mogę więc trafić do aresztu deportacyjnego - relacjonuje Van Anh. - A stamtąd do ojczyzny, która - jak łatwo się domyślić na podstawie zachowania pracowników ambasady - tylko na mój powrót czeka.

Takiego druku nie ma

Robert z Van Anh udali się więc na ulicę Koszykową, do urzędu, który zajmuje się sprawami cudzoziemców.

- Postanowiliśmy ubiegać się o paszport bezpaństwowca, tzw. nansenowski - mówi Robert. - Taki dokument można uzyskać na podstawie konwencji ONZ. Na Koszykowej wziąłem druk i zacząłem go wypełniać. "To nie ten druk" - mówi mi urzędniczka. "To który?" - pytam. "Do takiej sprawy nie ma. Nie istnieje".

Niestety, urzędniczka ma rację, bo Polska nie podpisała ani konwencji "O zapobieganiu bezpaństwowości" z 1954 r., ani "O statusie bezpaństwowców" z roku 1961. Węgry - tak, Słowacja - tak, ale Polska - nie.

- Możemy prosić o azyl - dodaje Robert. - Ale bardzo chcieliśmy tego uniknąć. W Polsce prawie nikt nie dostaje azylu, w ostatnich latach wywalczyliśmy go dla dwóch osób. Nie mam wątpliwości, że Van Anh azyl się należy, ale należy się też wielu, wielu innym osobom, którym grożą realne prześladowania w Wietnamie czy np. Czeczenii. Jeśli teraz dostanie go Van Anh, propaganda wietnamska będzie miała ucztę. Wiadomo już będzie, po co cała nasza działalność społeczna. Oczywiście wyłącznie po to, żeby załatwić swój prywatny interes. Jeśli myślisz, że ta dziewczyna darzona jest powszechną sympatią czy szacunkiem za to, że bez pieniędzy służy za tłumacza, psychologa, doradcę, wypełniacza dokumentów, to nic bardziej mylnego. Większość diaspory ma z nią problem. Po co otwarcie mówi, że aby robić ubraniowe interesy na trasie Hanoi - Warszawa, trzeba się układać z reżimem? Po co rozgłasza, że do buddyjskiej świątyni, która buduje się w Wólce Kosowskiej, ma przyjechać mnich będący na usługach wietnamskich służb? Po co prowadzi akcję poszukiwania niezależnego buddyjskiego mnicha?

- Polskie władze też miewają ze mną kłopot - krzywi się Van Anh. - W 2007 r., podczas spotkania premiera Jarosława Kaczyńskiego i szefa rządu Socjalistycznej Republiki Wietnamu Nguyena Tan Dunga, na polecenie wietnamskiej delegacji polscy BOR-owcy wyprowadzili mnie z Belwederu. Media sprawę rozdmuchały i politycy musieli odpowiadać na niewygodne pytania: Czy ważniejsza jest finansowa wartość kontraktów podpisanych z komunistycznym reżimem, czy ważniejsze są prawa człowieka i wolność słowa? Jak to się ma do polskiej tradycji "solidarnościowej"? A gdy premier Tusk pojechał z wizytą do Wietnamu, w wywiadzie udzielonym stacji TVN zwróciłam uwagę, że premier, pochłonięty rozmowami o interesach, nie upomniał się o więźniów sumienia. Oni latami gniją w komunistycznych więzieniach, np. za umieszczenie w blogu przetłumaczonej z Wikipedii definicji słowa "demokracja".

Socjalistyczna Republika Wietnamu nie chce takiej, głoszącej niezależne poglądy, obywatelki. Czy zechce ją Polska, w której mieszka, studiowała i pracuje od prawie 20 lat? Jeśli tak, prezydent Komorowski nada jej polskie obywatelstwo. Van Anh zdecydowała się o to prosić.





Przyjaciele ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa prowadzą zbiórkę na leczenie Roberta. Gdyby ktoś chciał pomóc, podajemy numer konta: 11 1240 1024 1111 0010 1125 5876, Bank Pekao SA. Z dopiskiem: "Dla Roberta Krzysztonia"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 11 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    49 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':