http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wojciech Fibak. Gram to jeszcze raz

rozmawiał Włodzimierz Kalicki
2011-01-01, ostatnia aktualizacja 2010-12-29 18:52

Wojciech Fibak w swojej galerii
na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie
Wojciech Fibak w swojej galerii na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Zawsze, gdy patrzę z zaciekawieniem na kontrowersyjne dzieło sztuki nowoczesnej, gdy artysta na siłę chce być oryginalny, odzywa się we mnie głos taty: "Zaraz, zaraz synu, nabierają cię" - z Wojciechem Fibakiem rozmawia Włodzimierz Kalicki

Wojciech Fibak z Björnem Borgiem, kolegą z kortów
Fot. PRZEGLAD SPORTOWY PRZEGLAD SPORTOWY / Newspix.pl
Wojciech Fibak z Björnem Borgiem, kolegą z kortów
1963 r. Pierwsze kroki na korcie: 11-letni Wojtek z ojcem w Ustce
Fot. reprodukacja Tomasz Baranski/REPORTER /REPORTER
1963 r. Pierwsze kroki na korcie: 11-letni Wojtek z ojcem w Ustce
Włodzimierz Kalicki: Kim pan jest: kolekcjonerem dzieł sztuki czy marszandem, który dziełami sztuki handluje?

Wojciech Fibak: - Raczej nie marszandem, ciągle kolekcjonuję. Obejrzałem już dziesiątki tysięcy obrazów, przez moją kolekcję przewinęły się tysiące prac, ale gdy widzę wybitne dzieło, budzi się we mnie instynkt kolekcjonera.

Wczoraj kupiłem obraz Jerzego Nowosielskiego na aukcji w Agrze. A, prawdę mówiąc, w ogóle nie powinienem go teraz kupować. Byłem akurat na przyjęciu u znajomych, gdy dostałem telefon, że malarsko potężnego "Aktu z lustrem" Jerzego Nowosielskiego z 1973 roku, wystawionego z ceną wywoławczą 90 tys. zł, nikt nie chce brać. Licytowałem i kupiłem trochę powyżej 120 tys.

To nie wszystko. Parę dni wcześniej kupiłem od krakowskiego marszanda Andrzeja Starmacha dwa genialne obrazy abstrakcyjne Jerzego Nowosielskiego z lat 40., o które zabiegałem od dawna. I w końcu Starmach wypuścił je z rąk akurat teraz.

Także w zeszłym tygodniu kupiłem wielki, cudowny, czterometrowy dyptyk Leona Tarasewicza z 1988 roku.

Te obrazy zostaną u mnie.

Ma pan także na warszawskim Krakowskim Przedmieściu galerię malarstwa, w której obrazy się sprzedaje.

- Większość obrazów, które pokazuję w galerii, należy do mojej kolekcji. Tych nie sprzedaję. Traktuję galerię jako formę promocji polskiej sztuki współczesnej, bo nie ma dnia, by nie odwiedziło nas kilkanaście osób z zagranicy. To nie jest galeria komercyjna, oferuję tu praktycznie wyłącznie obrazy młodych malarzy, w przystępnych cenach. Do tego galeryjnego interesu zawsze dokładałem i będę dokładał, tak już jest on ustawiony.

Sprzedawał pan obrazy, które w katalogach przedstawione były jako części kolekcji.

- W Stanach nauczyłem się, że prawdziwa kolekcja dzieł sztuki musi być żywa, musi dorastać, zmieniać się wraz z właścicielem. Barbara Piasecka-Johnson miała wspaniałą kolekcję francuskich impresjonistów i postimpresjonistów, w jej rezydencji wisiały obrazy Moneta, Maneta, Modiglianiego, cały dom był wypełniony tym malarstwem. Kiedy odwiedziłem ją po upływie roku, stanąłem jak wryty. Nie było ani jednego obrazu, który pamiętałem z poprzedniej wizyty. W ciągu tego roku zakochała się we Włoszech, w renesansie włoskim, sprzedała swą kolekcję impresjonistów i zaczęła zbierać malarstwo renesansowe.

Kolekcja sztuki musi iść za właścicielem.

Pierwszy krok w stronę swych zbiorów malarstwa zrobił pan na korcie.

- Miałem wtedy 19 lat. Pierwszy w życiu obraz kupiłem w Galerii Współczesnej w rynku w Poznaniu za 200 złotych zaoszczędzonych na juniorskich dietach. Autora nie pamiętam, to było malarstwo współczesne, w klimacie obrazów Teresy Pągowskiej. Obraz miał wielkie rozmiary, nie mieścił się w domu rodziców i wylądował w garażu.

Kiedy trafił na salony?

- O, długo przeleżał w tym garażu. Dwadzieścia lat później, już jako znany kolekcjoner, ofiarowałem go na aukcję przeznaczoną na sfinansowanie odnowy fary poznańskiej. Osiągnął bardzo wysoką cenę.

A kiedy zrobił pan pierwszy krok w stronę tenisa?

- Mój ojciec, profesor chirurgii Jan Fibak, był wybitnym sportowcem akademickim, wicemistrzem Polski: skakał, biegał przez płotki, wiosłował. Na przystani AZS Poznań poznał moją mamę, która prócz uprawiania wioślarstwa była w sekcji ping-ponga i grała w siatkówkę.

W domu codziennie o świcie była pobudka i wspólna gimnastyka pod komendą taty, połączona z odpytywaniem nas ze słówek angielskich, francuskich i niemieckich. Mama też musiała wymachiwać rękami i podskakiwać. Z uśmiechem. Czasem bywała bardzo zmęczona i ten uśmiech miała trochę niewyraźny, ale porannych ćwiczeń żadne z nas nie mogło opuścić.

Gdy miałem 12 lat, pojechałem z ojcem na obóz studencki AWF. Wygrywałem w badmintona ze studentami, jednym z nich był Zenon Laskowik. Znany lekkoatleta Zdobysław Stawczyk, którego mój ojciec bardzo szanował, powiedział, że mam talent i powinienem grać w tenisa.

Ale ja wolałem kopać piłkę.

Źródło: Duży Format
1 2 3 4 5 6 7 8 9  następne »
  • 33 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    52 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':