Stało się - pop w dosłownym rozumieniu tego słowa przestał pełnić funkcję mainstreamu, jego rolę przejęły amerykański r'n'b i europejska muzyka taneczna, hiphopowcy wyszli z getta i zaczęli nagrywać przebojowe piosenki ozdobione - o zgrozo! - śpiewanymi refrenami, a bohaterem dekady i wylęgarnią talentów okazała się scena niezależna.
MP3 i iPod wywróciły do góry nogami myślenie zarówno o samym graniu, jak i przemyśle fonograficznym. Najczęstszym słowem w dyskusjach o muzyce stał się internet - piractwo zatrzęsło w posadach show-biznesem, a napędzane przez serwis MySpace kariery takich wykonawców jak Arctic Monkeys czy Lily Allen pokazały, że od dnia, w którym ktoś przesłał siecią pierwszy plik muzyczny, nic nie będzie już takie samo. To także związany z internetem szybki i masowy dostęp do muzyki sprawił, że ostatecznie upadły stylistyczne i historyczne granice. Stąd nadprodukcja nowych, niezależnych, awangardowych wykonawców. Ale też gwałtowny powrót tradycji - od muzyki gitarowej, country i folku po jazz. Style i gatunki mieszały się bardziej niż kiedykolwiek. A że wszystko to odbywało się w cieniu upadających wież WTC z wojną w Afganistanie i Iraku oraz hukiem lecących na łeb indeksów giełdowych w tle, było jeszcze ciekawiej.
Bo to akurat się nie zmieniło - muzyka popularna ma się tym lepiej, im dziwniej wygląda świat.
Ta dziesiątka to nie zestaw najlepszych płyt pierwszej dekady XXI w., ale najlepsze podsumowanie jej muzycznego klimatu.
Ocena:
32 głosy

Skaczemy bliżej. Biegamy wolniej. A w zwisie jesteśmy dwa razy gorsi niż w PRL-u
